Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Dobre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gmina Dobre. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Pierwszy skarb

Znaleźliśmy pierwszy skarb!!!


Ale po kolei. Po strategicznej decyzji o obniżeniu poziomu zero o około 30cm pracy przybyło i pojawiła się szansa na prace i zdobycze archeologiczne w fundamentach zacnego domku. Zadanie zainteresowałoby ani chybi samego Dr Indianę Jones, gdyby tylko o tym wiedział.

Kopiemy, burzymy, grzebiemy w historii ukrytej pod starą podłogą. Gruzu coraz więcej, wciąż go przybywa i nie zanosi się na szybki koniec. Pojawiają się wciąż nowe dziury w ścianach, a grzebaniu w posadzce wciąż nie ma końca. Szarzyznę rozchodzącego się po działce pyłu rozjaśnia wizja niezbadanych skarbów, które mógł tu zakopać może i sam Napoleon wracając spod Moskwy. 

Wraz z postępującą demolką robi się coraz więcej przestrzeni. Z tronu mamy widok już przez cały dom na zielone winogrona:



Otwór na okno w kuchni jest już prawie gotowy. Okno będzie duże z widokiem na podwórze, a dokładnie na pergolę z winogronem:




W przerwach w poszukiwaniu skarbów można sobie już wyobrażać widok z kuchni na jadalnię:




Jesteśmy wciąż na etapie, gdzie wyobraźnia docelowej wizji wymaga mocnego pobudzenia, ale tak - to jest ta mini-jadalnia, albo odważniej by rzec - wręcz ogród zimowy na miarę lokalnych możliwości:




Podciąg rzekomo zrobiony jest ze sztuką, bardzo bezpiecznie, osadzony na siedmiu stalowych prętach. Panowie mówią, że 'raczej wytrzyma, już nie takie rzeczy wytrzymywały':




A tu mamy, widziany z lotu ptaka, zarys wiatrołapu. Już za tydzień ma się wspiąć na wysokość pozwalającą odpocząć nieco wyobraźni:


I wreszcie jest skarb! Prawdziwy skarb znaleziony w fundamentach piwnicy, zalany porządnie betonem. Rower, prawie nówka! Łańcuch jest w stanie co najmniej bardzo dobrym, nawet nie trzeba będzie oliwić:





Rama wymaga co najwyżej delikatnej renowacji. 

Co to jest za marka? Ukraina? Prusy Wschodnie? A może francuski prototyp? I w jaki sposób znalazł się pod podłogą? Strach pytać, co się też stało przy zderzeniu z fundamentem, z szanownym biklystą, kimkolwiek by on był?! ....kości w gruzie na razie nie odkryliśmy... 




Po krótkim tygodniu (skróconym o święto i odpoczynek panów po podwójnych poprawinach), nastąpiła domowa inspekcja. Inspekcja przebiegła sprawnie i szybko i... skupiła się głównie na antonówkach na szarlotkę:



I tak oto obie moje Panie ślicznie sobie grasują po ogrodzie w poszukiwaniu wiktuałów na szarlotkę i nie tylko:



sobota, 20 sierpnia 2016

Akcja fotowoltaika nabiera tempa

Warto odwiedzać strony internetowe swojej własnej gminy. I nie tylko po to, aby się dowiedzieć o wspólnych przygotowaniach rady gminy i szanownego plebana do, na przykład, corocznej akcji 'dożynki'. Impreza co najmniej na trzy i trzy czwarte fajerki rozpocznie się sumą, a zakończy ją gwiazda lokalnego co najmniej wymiaru, niejaki zespól 'akcent'. Może zagrają jakiegoś blues'a, a może choćby trochę soul? Hmmmm, pewnie jednak gmina z plebanem zasponsoruje miejscowej społeczności swoje ukachane łup łup siano disco, disco rżysko. Trudno. Takie życie. Ostatnio na gminny Dzień Truskawki zagrała inna gwiazda pseudo muzę spod słomy. Szkoda... Podobno w sąsiednim Stanisławowie gminne rytmy są bardziej otwarte na inne horyzonty. Ale może za rok i nasza gmina zaserwuje jakąś odmianę...

Pani w gminie oczywiście obiecałem, że też się stawię, dam na sumie na tacę, i wezmę udział w pochodzie dożynkowym. Co do muzyki, to poprzestanę na występie lokalnych emerytek o wdzięcznej nazwie 'Tęcza'. Autentyczny folklor jakoś zniosę. Wieczorem posłuchamy sobie w domu Diany Krall albo Petera Gabriela na sanację małżowiny.

A wracając do meritum, odwiedziny strony gminadobre.pl sprawiło, że przypadkowo wpadłem na informację, że właśnie jest ostatni dzień na podpisanie umów na fotowoltaikę. No to 'dwója, gaz' i jestem w Dobrem. Cudem zdążyłem minutę przed zamknięciem. Gmina w ramach wychodzenia mieszkańcom na przeciw (na przekór) ich potrzebom skróciła godziny urzędowania do 13.00. Słusznie. Niech się petent spieszy i nie robi tłumu. Trzeba jednakoż przyznać, że obsługa jest jak w Medicover, każdy urzędnik wychodząc z rady gdzieś na sekundę, nie zapomina zapytać: 'Czym można mi pomóc?'. Jestem pod wrażeniem! Ale może tak powinno być normalnie i wszędzie?

Pani od inwestycji swoją drogą była przeurocza. Okazało się, że mój wniosek był zatwierdzony jedynie na kolektory słoneczne, które mnie średnio interesują, a nie na panele fotowoltaiczne. Na szczęście zgrabnie zmieniła zapisy czerwonym mazakiem, i tak oto nie czytając umowy, podpisałem ją, mając nadzieję na jej powolną realizację.

Czując się już prawie jak 'lokals' jestem na liście chętnych oczekujących na swoje panele dające 2040W. Dużo to nie jest, ale zawsze. Gmina wspiera inwestycję w 75%, co oznacza, że za kilka tysięcy złotych (prawdopodobnie) zacznę kiedyś tam w przyszłości produkować swój własny prąd.

Mały, zupełnie nieznaczny problem, to kwestia dachu budynku gospodarczego, którego to całe 200 metrów kwadratowych wciąż pokryte są eternitem, co muszę zmienić przed inwestycją fotowoltaiczną na normalny dach. Brrr! Nowe koszty, nowe poszukiwania poszycia i wcześniej architektury dachu... 

Wymyśliłem, że póki co nic nie zmienię, i kupę blachę Murano, czyli coś takiego:

A może w Polsce pojawią się płytki solarne zastępujące dachówkę??!! To byłoby piękne rozwiązanie:


Wydaję mi się, że jakoś to będzie grało z moją płaską dachówką ceramiczną na dachu domu.


A w ogóle 'na co mi to?'... I tu trochę pożądanej na przyszłość teorii:

Pierwsza korzyść to oszczędność, czyli znacznie mniejsze rachunki za prąd elektryczny. Ale akurat dla mnie jest to średnio inspirujący punkt, bo umówmy się sam w małym domu wiele nie zaoszczędzę.

Drugi aspekt to ekologia, czyli poszukiwanie alternatywnych odnawialnych rozwiązań dla energii opartej na surowcach kopalnych. Baterie słoneczne nie emitują gazów cieplarnianych, czyli dbamy o planetę i o zdrowie. Może zatem warto inwestować dla samej idei ekologicznego spojrzenia na świat? Tym bardziej, że programy UE dzielnie nas tu wspierają.

Trzeci punkt to niezależność. I choć domek w Porębach nie stoi daleko od sieci, to własne solarne zasilanie daje gwarancję, że niezależnie od dostępności energii sieciowej, nasza lodówka i kocioł C.O. będzie działał.
Ostatnio przy meczu Polska-Portugalia wyłączyli prąd dokładnie ułamek sekundy przed pierwszym kopnięciem serii karnych!!! To już kryminał!

Ostatni i może najważniejszy punkt to edukacja i inspiracja. Warto zainteresować się systemami solarnymi i na własnej skórze przetestować i doświadczyć fenomenu produkcji prądu. Może być fun...

Na razie jedynie 'zaczytałem', że jest to wykorzystanie baterii słonecznych składających się z połączonych szeregowo ogniw fotowoltaicznych, które wytwarzają napięcie w momencie, gdy zaczyna na nie padać światło. Ogniwa łączy się szeregowo otrzymując baterię słoneczną o napięciu zależnym od tego jak dużo ogniw jest zestawionych. To ile prądu pozyskamy zależy od powierzchni napięcia i natężenia światła. No to Egipt i spółki kartelowe są tu daleko przed nami, jeśli chodzi o potencjał, którego zresztą nawet nie chcą.

Instalacja to jednak nie tylko bateria. Oprócz nich jest to: regulator ładowania, akumulator oraz inwerter, czyli falownik, który przetwarza prąd stały na zmienny o napięciu sieciowym 230V.





środa, 17 sierpnia 2016

Prace rozbiórkowe w toku

Już zaczęło się powolne budowanie, a tu klops, i trzeba te parę rzędów bloczków rozebrać. Może to i dobrze?

Panowie się pospieszyli i wybudowali ściankę pod wiatrołap i jadalnię na prawie 110 centymetrów wysokości. Zrobiło się monstrualnie. Obecnie jest prawie 90cm, co wygląda już na poważnie zawyżoną konstrukcję. Ale podobno kiedyś się tak budowało, a bo to piwnica, a bo to wilgoć, i tak dalej...

Zatem zaczęło się szybkie kalkulowanie poziomów gruntu, poziomu zero, wysokości pomieszczenia, poziomu chudziaka, przyszłej izolacji, szlichty i posadzki i ufff.... Dużo tego! 

Ale matematyka została pokonana. Efektem czego panowie zdjęli już trzy dopiero co wybudowane rzędy bloczków. A do tego jeszcze skują pseudo posadzkę i jedziemy w dół o około 30 cm.

Prace zakończyły się takim oto rezultatem, który pokazuje poziom zero parteru, i na takim samym poziomie będzie kiedyś taras!

Gruzu coraz więcej. Nowego niestety też. Może ktoś ma ochotę nabyć drogą niekoniecznie nawet kupna, kilkadziesiąt bloczków betonowych?

Ale nic to! Poziom zero będzie na wysokości około 60cm nad gruntem, czyli będą tylko cztery schodki zamiast sześciu, i znacznie większy podest, czyli będzie wygodnie przed drzwiami.
Kolejny plus to przestrzeń na parterze. Wyjdzie ok. 290cm wysokości. Będzie czym oddychać. Ale i co ogrzewać. Znowu nic to! Opuści się sufit i będzie mega gitara.     


Nade wszystko zniknie koszmar projektowania tarasu i połączenia z jadalnią, czyli koniec z męczącym kombinowaniem co tu zrobić, żeby nie było schodów z tejże jadalni na przyszły taras. No to dzięki temu nie będzie! Po równej posadzce wyjdzie się z jadalni na tarasik, który będzie 60cm nad ziemią, a nie 1,2 metra. Smacznie i elegancko będzie na nim. Zaliwżdy! da radę nawet zbudować trochę większy. Czyli jest i będzie git. 

A tu widać wyjście łączące kuchnię z mini jadalnią. Będzie to wysokie i szerokie na 270cm przejście z kuchni do małej jadalni.



I mamy sobie oto takowy widoczek z kuchni na przyszłą jadalnię i przyszły taras.


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Alea iacta est - pozwolenie na budowę i start budowy!

Jest oficjalne pozwolenie na budowę! Uprawomocnione. Z pieczątkami. Z podpisami. Normalnie żaden urzędas nie cyknie.

A chumorki to oni mają. Ale uśmiechem ich, a dokładnie ją (panią urzędnik) dobiłem. Nie miała wyjścia, i po paro-minutowych dąsach wobec petenta, nie wytrzymała i bardzo miło się uśmiechnęła.

Zatem pozwolenie jest legalne. Nie będzie żadnego wstecznego datowania, lewizny, samowolki i innych udziwnień. Do tego mamy piękny, nowy, błyszczący Dziennik Budowy.

I to nie wszystko! Oficjalnie jest zgłoszony termin rozpoczęcia prac: 1 sierpnia 2016.

Alea iacta est...
No to do dzieła!



czwartek, 28 lipca 2016

Pozwolenie na budowę jest!

Sprawy nabrały przyspieszenia. W poniedziałek decyzja leżała gotowa u pani naczelnik starostwa mińskiego czekając na podpis. We wtorek była gotowa do obioru.

Co to oznacza? Ano, że urzędnicy wykorzystali swoje ustawowe 65 dni na decyzję do granic możliwości. Niestety, wolno im.

A dalej teoretycznie należy odczekać 14 dni na uprawomocnienie się uzyskanego pozwolenia na budowę, czyli sprawdzam w kalendarzu i wychodzi 9 sierpnia. Od tej daty mam trzy lata na rozpoczęcie budowy. Plan jest inny: po trzech latach to już wszystko ma być dawno ukończone.

Ale to nie koniec biurokracji, ponieważ samo pozwolenie nie oznacza, że mogę (oficjalnie) startować. Czyli oczywiście oficjalnie nie będę :) Trzeba bowiem złożyć zawiadomienie o rozpoczęciu budowy w powiatowym inspektoracie nadzoru budowlanego wraz z oświadczeniem kierownika, że się podejmuje (kierowania rzecz jasna). I potem jeszcze musi minąć siedem dni, aby móc wejść na plac budowy, co oznacza, że w Dzienniku Budowy będziemy widzieli datę 16 sierpnia, jako dzień rozpoczęcia prac. To co będzie się realizować wcześniej, łącznie z załączonymi zdjęciami to jedynie projekcja przyszłości, niczym sen wiedźmina ogarniętego kojącym eliksirem Yennefer.

Damy radę! Będziemy w Dzienniku wprowadzać daty jak najbardziej zgodne z oczekiwaniami szanownej Pani Biurokracji :)

środa, 27 lipca 2016

Kick-off i pierwsze decyzje budowlane

W końcu doszło do trójstronnego spotkania na szczycie zainteresowanych stron:
- wykonawcy,
- kierownika budowy,
- zamieszanego autora - inwestora.

Odbyła się sesja planująca pierwszy etap prac zwany radosną demolką i rozkosznym budowaniem. Strony usiadły na ostatnich trzech niewyniesionych z domu krzesłach i przedstawiły swój twórczy pogląd na dalszy tok.

Na początek będzie przesunięcie. Zaczynamy 4 sierpnia (oczywiście tylko teoretycznie, bo oficjalnie zaczynamy 16 sierpnia).

Padły też pierwsze konkrety budowlane. Po pierwsze ściany zewnętrzne będą powstawać z cegły ceramicznej typu Porotherm. Materiał wyrabiany z gliny jest, w stosunku do gazobetonu, bardziej wytrzymały, odporny na uszkodzenia, niepalny i ma dużą izolacyjność akustyczną, termiczną też nie zgorszą.
Przede wszystkim podobno cegła jest dużo zdrowsza, a w końcu uciekam od azbestu, to chyba taki 'eko-kierunek' będzie jak najbardziej właściwy.

Kolejny konkret to ułożenie poszycia więźby płytami OSB zamiast deskami, co ma zapewnić większą trwałość i wytrzymałość. No i nie narażam się tu na rozwój grzyba. Nie lubię grzyba. Ułożona powierzchnia z OSB jest gładka i stąd lepiej się nadaje pod ułożenie dachówki ceramicznej. Minus to cena. Trudno.

I na koniec komin, który będzie wykończony pełną cegłą. Niedobrze, trzeba się będzie zdecydować na jakiś kolor...  










Nie będzie łatwo, ale może ktoś pomoże?



wtorek, 26 lipca 2016

Demontaż eternitu

Pierwszy dzień prawdziwych prac demontażowych za nami. Eternit zdjęty!

Ale po kolei. Z samego rana z rzeczonego Tarnobrzegu przyjechało trzech panów o zacięciu zdecydowanie cyrkowym. Okiem eksperta rzucili spojrzenie na dach, wypalili po sportowym fajku, i migusiem po drabinie na dach. Po jednym spojrzeniu też już wiedzieli, że operacja zajmie im trzy godziny z przerwą na drinka, tj. herbatę.

Eternit nie miał szans. Doświadczenie naszych fachowców - cyrkowców sprawiło, że "robota to już teraz sama idzie". Nawet stada odkrytych w otulinach papy os nie była w stanie nawet o minutę złamać ich harmonogramu i ciągłości prac. 

Ostatnie minuty domku w okrasie gomułkowskiego szału eternitowego:




 

















Panowie mieli jednak i jedną wadę, tj. brak 
ambicji estradowych. Mianowicie zdecydowanie odmówili udziału w sesji zdjęciowej i z góry zrzekli się szansy zaistnienia, kto wie, może nawet na scenach Mediolanu, czy Londynu... Ba! Może i Broadway stanąłby otworem. 
Oficjalnie argumentowali to brakiem ochoty zakładania obowiązkowych kombinezonów przy pracy z azbestem (bo podobno niewygodne), a udokumentowanie tego grozi grzywną finansową. Na nic nie pomogły przekonywania, że czym jest kilkaset złotych grzywny przy milionowych gażach estradowych. Trudno. Ich wola została uszanowana.


Prawda była chyba jednak inna. Otóż powodem są młode żony, które niczym Penelopy tarnobrzeskie tęsknie wyczekują na powrót swoich Odyseuszy, pogromców azbestu, dzielnych trzech Heraklesów walczących z eternitem jak z lwem nemejskim czy hydrą lernejską. Na marginesie, jedna z Penelop miałaby się rzekomo szczególnie wyróżniać i urodą, o czym świadczyły próby pokonania rywala celnym rzutem eternitem. Próba się jednak nie powiodła. Może jednak najlepszą żoną nie jest 'cudza'? Zagadka nie jest rozstrzygnięta...





Na koniec panowie rozprawili się z niebagatelną ilością słomy zgromadzonej pracowicie przez różne ptaki na przestrzeni paru ostatnich dziesięcioleci.

Domek zyskał nowy design:

Wcale nie jest taki zły... Zatem może warto tak zostawić? Wcale oryginalnie. Trudno jednoznacznie orzec, czy ładniej jest po zdjęciu eternitu, czy tak jak było jeszcze rano z azbestem na dachu...


A na jutro mamy zapowiedziany "Kick-off Meeting", czyli trójstronne spotkanie na szczycie w szczególnej obecności:
- Wykonawcy (majster z Węgrowa)
- Kierownika Budowy (zaprzyjaźniony pan z Warszawy)
- Inwestora, czyli nomen omen autora niniejszych zapisek

Nie ma nudy, a to dopiero początek początku...

poniedziałek, 25 lipca 2016

Ostatnie dni przed Wielkim Rozpoczęciem

To już są ostatnie dni i godziny domku przed remontem. Już we wtorek (26 lipca) przyjeżdża firma, która zdemontuje eternit i go sobie zabierze do utylizacji. Chyba, że nie przyjedzie... Kto wie? W końcu przetarg w gminie na demontaż wygrała firma spod Tarnobrzegu, a stamtąd daleka droga do Mazowsza. Jutro się przekonamy!

Licząc na punktualność wykonawcy, staram się, aby domek był gotowy do remontu. Zatem dziś odbyło się wielkie przygotowanie, czyli przenoszenie czego się da z domku do budynku gospodarczego. Oj jest tego trochę i ciut ciut! (dziadek należy do osób, które twierdzą, że "to się jeszcze przyda"). Zatem jest co przenosić, segregować, wyrzucanie przychodzi z większym trudem.

To już końcówka morza gratów przydatnych i bardzo przydatnych, które udało się upchnąć w budynku gospodarczym:

A pomagał mi bardzo dzielnie Przemek, nie marudził, nie grymasił, łapał się za co większe gabaryty i czyścił przestrzeń niezwykle skutecznie:

To już ostatnie widokówki uroczego domku przykrytego eternitem, marzeniem każdego budującego dom... czterdzieści lat temu:

Jakby na domek patrzeć tylko spod otaczających go drzewek i krzaków, to gierkowy eternit nawet nie specjalnie paskudzi ten widok. Może to całe zamieszanie jednak nie jest warte zachodu?

A z tyłu już ostatnie resztki 'samych potrzebnych rzeczy'. W domku teraz już echo się odbija od ścian. Ostało się w nim jedynie parę łóżek, deski na podłodze i kilka pajęczyn... 

I jeszcze raz mój ulubiony widok, na razie z dachu, ale już niedługo (przemilczymy względność tego okolicznika czasu) z okien sypialni na piętrze:



Czas iść na zasłużony odpoczynek!

niedziela, 24 lipca 2016

Fotowoltaika w Porębach Nowych!

Okazuje się, że moja gmina Dobre podąża za duchem czasu. I nie chce pozostawać w tyle w dziedzinie ekologii, dbając o zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych i szkodliwych związków do atmosfery.

To proekologiczne nastawienie zaowocowało w promowaniu fotowoltaiki (PV) poprzez dofinansowanie do instalacji fotowoltaicznych dla chętnych mieszkańców. W ciągu paru minut wniosek został wypełniony i wysłany! 

Będę producentem prądu elektrycznego!!!??? Może na tym będzie polegać moje przyszłe zajęcie? Rolnik indywidualny produkujący prąd elektryczny na dwóch morgach utrapienia. Niech zakłady energetyczne drżą z obawy przed konkurencją, która na hektarze albo dwóch łąki zainstaluje baterie słoneczne!:)

Jeszcze nie wiem czy warto, ale tego dokładnie nikt nie wie, co związane jest niestety z zawieruchą wokół ustawy i gwarancją ceny za wyprodukowany prąd, który popłynie od nas do operatora. Ale może warto mimo to stworzyć system wyspowy, który nie będzie połączony z siecią? Kto wie? Do dzieła!

Wniosek wysłałem jeszcze w marcu, w maju wysłałem jakaś dodatkową ankietę, zgadując ile prądu pobiera i żelazko i pralka. I już za parę lat będzie płynąć w kierunku lodówki, telewizora i żarówki własny darmowy prąd.

I co się okazuje? Jest piątkowy lipiec, ja na torbach w drodze na rejs, a tu pani z gminy dzwoni z informacją, że a i owszem mój wniosek został zaakceptowany i jak nadal chce, to oni proszę bardzo, pomogą te panele zainstalować. Proszę bardzo! Można? Można...

Może mój dach będzie wyglądać podobnie?



A tak na poważnie, to mamy problem!Ankietę wysłałem trochę dla picu, trochę w ciemno. Na dachu wciąż tkwi eternit, ja nie wiem kiedy i czym go zastąpię, a tu proszę... gmina już myśli o montowaniu na nim paneli. 
Będzie ciekawie! Może się opóźnią tak ze dwa lata... Bo plan jest inny: najpierw remont domu, potem remont 'obory - vel garażu' i dopiero na niej miałem położyć panele.

Taki miałem chytry plan:
panele położyć na budynku gospodarczym, który ma prawie 100m2 dachu skierowanego pięknie wprost na południe, bez żadnego zacienienia. I stamtąd pociągnąć energię elektryczną do domku... 

Może się uda? Jak myślicie?



czwartek, 19 maja 2016

Projekt architektoniczno - budowlany oddany!

Krok po kroczku zbliżamy się do końca początku. We wtorek 17 maja projekt został oddany do urzędu starostwa mińskiego. Wielka sprawa. Teraz teoretycznie nie pozostaje nic innego jak czekać na urzędowe pozwolenie na budowę, co ma nastąpić najpóźniej w ciągu 65 dni. Zatem w połowie lipca będzie glejt i chłopaku do dzieła!

Projekt jest, a i owszem oddany, ale czy na pewno gotowy? Nie byłbym niestety sobą, gdybym nie starał się jeszcze ulepszać szczegóły. I niestety ulepszam. A to okno szersze, a to węższe, a to w ścianie a to w suficie. Wykonawca ze mną nie będzie miał łatwo, to pewne!

piątek, 15 kwietnia 2016

Inwentaryzacja i wstępna koncepcja lub jej brak

Inwentaryzacja jest. Gotowa. I to od dawna.
Ale do wstępnej koncepcji jeszcze daleko... choć czas szybko leci.

Zatem jak obecnie wygląda domek pokazują poniższe rzuty parteru i poddasza. Na parterze robimy kółko w starym wiejskim stylu spacerując od holu, przez kuchnię i dwa pokoje trafiamy ponownie do holu. Odstępstwem od wiejskiego stylu jest mała łazienka, która znajduje się w domu, a nie za stodółką. Uroku dodaje jej małe okno. 
Składzik jest natomiast miejscem, gdzie łakomczuch zawsze znajdzie małe "co nieco", czyli najlepszy na świecie dżem babci z czarnej porzeczki, tudzież z brzoskwini, czy też pyszny mus jabłkowy. Tu też jest łącznik komunikacyjny ze strychem, ale... 
... bynajmniej nie są to schody, a najzwyklejsze stroma drabina, po które rączo i ostrożnie raz na trzy lata wspinamy się na strych. A na strychu wiele się nie dzieje (prawdopodobnie), wiatr hula, a pod nogami szeleszczą liście. Ale już nawet z tych małych okien widoki są obiecujące. Zatem jakby zrobić śmiało jakieś większe okna, to może być ciekawie.



Z kolei front to widziany już na zdjęciach obrazek, który po prostu doczekał się przeniesienia na obraz cad'owy. Nawet lepiej chyba prezentuje się w tej postaci niż w realu. Na dole od wschodu i poniżej od zachodu:



A to chcemy zrobić, to trudno zgadnąć, acz zupełnie wstępnie pomysły na parter są takie:
- pojawi się wiatrołap: z jakimś oszkleniem w miejscu obecnych starych betonowych schodów;
- poszerzymy trochę łazienkę; w końcu gdzieś trzeba będzie umieścić źródło ciepła na długie zimowe wieczory, czyli jakiś kocioł c.o.;
- schody (niestety drabina zniknie) w miejscu dużego pokoju i schowka gospodarczego; choć innych wstępnych pomysłów na schody było co najmniej milion. Ekstrawagancja (malownicze schody w salonie) przegrała jednak z pragmatyzmem;
- kuchnia i pokój będą połączone, co pewnie każe nam używać nazwy 'salon', a może lepiej po prostu pokój dzienny z kominkiem. No właśnie. Pojawi się kominek w miejscu starej kuchni. A kuchnia powędruje do budynku gospodarczego, i tam coś ciekawego z niej powstanie, być może;
- okna na ulice zostaną powiększone z obniżonymi dużymi parapetami - tam będą siedziska z poduchami (może jakiejś damie się spodoba taki akcent);
- miał powstać jeszcze wykusz oszklony, ale to zostało uznane jako objaw drobnomieszczańskiej fanaberii, zatem miejsce na duży stół będzie jedynie na tarasie, choć może się i tu gdzieś go upchnie;
- w kuchni zamiast małego okna wybijemy znacznie większe okno na świat i wschód słońca, a przed nimi rozlegnie się taras, czyli miejsce na kawę lub piwo.

Z kolei na piętrze cokolwiek by się nie pojawiło, będzie dobrze. To coś zastąpi w końcu panoszące się tam wszechobecne liście. Na razie jest nadzieja na:
- pokój - sypialnia 
- łazienka z widokiem na gwiazdy
- duży pokój z widokami na wschód i zachód i południe też, czyli miejsce rekreacji z odpoczynkiem dla oczu  

A tak niestety nie będzie, bo za bogato, za śmiało, bo brak koncepcji u architekta i odwagi u inwestora. Może szkoda???

A Victorian terraced house extension | Real Homes:
Great renovation & extension project #homedecor #design #extension #architecture #homeextension #residential #home #addition #extend #glass #sidereturn:
A large window wraps around one corner of this brickwork extension to a Victorian house in London by local office Cousins and Cousins:

Nice:

... szkoda... choć w Porębach byłby to raczej mocny odlot od realu i ekskomunika gotowa.

Podpowiedzi mile widziane! To ostatnie chwile, kiedy mogę coś jeszcze wrzucić do koncepcji, bo jak mi to konstruktor już wszystko przerobi, to będzie za późno, albo doprowadzę do ostatecznej rozpaczy architekt :) Złośliwi twierdzą, że mam takie możliwości..., co niniejszym dementuję.

sobota, 2 kwietnia 2016

Wybór architekta do budowy domu

W moim przypadku, nie tyle do budowy, co do przebudowy, ale po paru miesiącach wiem, że to zadanie jest znacznie trudniejsze od budowy od początku.
Mamy architekta! Ale jak do tego doszło, to dłuższa historia i droga przez mękę, bo jest to architekt numer dwa. I oby trzeci nie był potrzebny...

Szukamy architekta! Jak? Teoretycznie najlepiej z polecenia. Ale, jak się później okazało, nie daje to gwarancji końcowego zadowolenia. Ba! Nawet w ogóle jakiegokolwiek zakończenia!

Pierwszy architekt, pan z polecenia, jeszcze przed rozpoczęciem właściwych rozmów dotyczących koncepcji, wydał się sympatyczny i znający na rzeczy. Jego zadaniem miało być opracowanie koncepcji rozbudowy domu, głównie pomysłu na dach i adaptację strychu na tzw. cele mieszkaniowe.
Najpierw miała być inwentaryzacja, żeby w ogóle móc cokolwiek proponować. Ok. Pan architekt zrobił inwentaryzację. Zadanie jak twierdził, proste, krótkie i strasznie nudne, stąd pewnie dlatego zajęło mu to 6 tygodni, a nie dwa wieczory, jak to miało być.
A potem miał zacząć rysować koncepcję. Miała być to jego koncepcja, pomysły, ale okazało się, że podejście było całkiem inne: "powie pan co sobie życzy, a ja to narysuję, a narysować można wszystko". No to zacząłem rysować sam. Schody na środku, z boku, proste, zakręcane. Bardzo kreatywnie się mogłem rozwinąć. Schody były już i na zewnątrz. W pewnym momencie zacząłem myśleć o windzie lub wstawieniu zwykłej drabiny i strażackiego słupa, albo zjeżdżalni zamiast schodów.

Moje (niektóre) pomysły zostały narysowane po kolejnych kilku tygodniach oczekiwania na szybki feedback. Później miałem sobie przemyśleć dach, elewacje, wejście. Takie tam proste rzeczy...
Nie było łatwo. Szybko się okazało, że potrzebny jest mi warsztat kreślarski. W tym celu odwiedziłem sklep z artykułami kreślarskimi, gdzie zaopatrzyłem się w ekierki, kątomierze, pisaki, ołówki, korektory wszelkiej maści i rodzaju i do dzieła! W końcu w pracy jestem też architektem, co prawda business solutions architect'em, ale to już coś.

I tak mijały długie, zimowe już wieczory, dni, weekendy, tygodnie, lata... no nie, lata jeszcze nie. Zanurzyłem w otchłań wizji architektonicznej, czasem brodząc, czasem mknąc jak barakuda w oceanie komplikacji formy architektonicznej. Wiłem się gdzieś między przekleństwem a fascynacją tworzenia. Zamiast skupić się na ogólnej koncepcji bryły, testowałem manualnie ile centymetrów okna da się umieścić w lukarnie, sprawdzając wpływ na poziom spadku dachu. A wszystko z ołówkiem i gumką, a potem kolorowymi pisakami i korektorami. Masakra.

Na wszystko miał spojrzeć pan architekt swoim fachowym okiem i łaskawie wrzucić to do rysunku w cad'zie. Na szczęście pan architekt przez półtora miesiąca nie odbierał telefonu, nie odpisywał na wiadomości, co pozwoliło mi narysować własną koncepcję prawie do końca, a jemu podziękować za współpracę. Mailem. Bo inaczej się nie dało.

Zatem szukamy drugiego architekta. W końcu musi być ktoś, kto przynajmniej przerysuje moje pożal się Boże pomysły i się pod tym jeszcze podpisze. Nie będzie łatwo, ale nic to.

Tym razem wybrałem inną metodę poszukiwania. Miało być szybko, zatem wykorzystałem platformę ofert budowlanych zamieszczając tam zapytanie. Architekt miał się znać na rzeczy, być z powiatu mińskiego, być dostępny, niekoniecznie drogi i.... być kobietą (tego nie mogłem napisać), ale trudno, trzeba przyznać. Po poprzednich doświadczeniach stałem się feministą, przynajmniej w tym zakresie. Doszedłem do wniosku, że w dziedzinie postrzeganie piękna, odnajdywanie się w tym co ładne, co do siebie pasuje, to jednak kobiety biją mężczyzn. 

Drugi architekt, naturalnie pani architekt, podjął się współpracy szybko i chętnie. Wstępną moją koncepcję traktuje jedynie jako wymagania funkcjonalne wnętrz, co ubierze w ładną formę na zewnątrz. Wykazuje zapał i chęci, i nawet własne pomysły. I tego właśnie szukamy! 

Wydawało się, że poszło szybko i łatwo... choć nie do końca, ale to już za sprawą interwencji dziadka, który orzekł, że jemu się jakakolwiek przebudowa jednak nie podoba. To zmieniło sprawę. Odrobinę. Wydawało się, że to przedwczesny koniec. Ale po miesiącu nastąpiła akceptacja i reaktywacja. I wracamy do naszej miłej pani architekt. Najpierw koncepcja, a potem przygotowanie projektu architektoniczno - budowlanego, co ma zająć około dwa miesiące.

Zatem oddałem się oczekiwaniu na wyniki rysowania koncepcji, zarzucając własne prace rysunkowe. To gorsza strona, bo architektem nie zostanę. Ale może to i lepiej dla urbanistyki w tym kraju... 

czwartek, 24 marca 2016

Domek na wsi czy domek w górach

Chwila relaksu w górach z dziewczynami miała zapewnić, że na parę dni uda się zapomnieć o sprawach bieżących i oderwać od codzienności.
Jednak już sama podróż pokazała, że będzie trudno. Jazda samochodem przez parę województw okazała się szansą na poszukiwanie nowych pomysłów i inspiracji. Inaczej mówiąc, zamiast jezdni widziałem głównie dachy i elewacje. Czy to normalne czy jednak już zboczenie?

Na szczęście na stoku nastąpiło oderwanie od poszyć dachowych (budka z kasą miała dach zupełnie nie wart dłuższej kontemplacji). Choć już na drugi dzień pojawiły się poranne i wieczorne spacery, które umożliwiły zbliżyć się do architektury góralskiej. Ciekawa dość, urozmaicona rzekłbym. Absorbuje wiele kolorów, pomysłów, wszystkiego. Jednym słowem, polski chaos, jak wszędzie. Przykre.

Jednego można góralom niewątpliwie pozazdrościć: mianowicie widoków. Z naszego okna rozpościerał się taki oto widok na Tatry:
Śliczna panorama tatrzańska na śniadanie. Nawet nie trzeba było wychodzić z pokoju, aby oko mogło odpocząć od miejskich korków na ulicy, a ucho od kakofonii komunikacyjnej. Mimo, że śniegu było coraz mniej, to zimowej urody górom to bynajmniej nie odejmowało.

Ale w nocy przyszedł opad śniegu, nie znany w Warszawie przynajmniej od wielu lat, wywołując wśród turystów jednocześnie radość (bo warunki na białe narciarskie szaleństwo cudne) i panikę (bo trzeba będzie jakoś dotrzeć na stoki). 

Niewątpliwie dzięki świeżemu śniegowi zrobiło się uroczo i powstała myśl:
czy może zamiast remontować domek na wsi nie byłoby lepiej zbudować domek w górach? 
... z dala od cywilizacji, gdzieś w środku gór, pod parkiem narodowym...

Myśl kiełkowa i się zagnieżdżała coraz głębiej. Jak to byłoby pięknie uciec od miasta tak daleko na stałe, móc co dzień chodzić po górach, skakać wzdłuż górskich potoków, po pasterskich halach, wspinając się po graniach... zagryzając pachnącym oscypkiem, i do późnej jesieni zbierając jagody wysoko na zboczach stoków...

I tak zaduma by trwała i dalej się umacniała na niwie poszukiwania celu życiowego, gdyby nie powolne odkrycie uczynione podczas porannego spaceru pod cudownym, niezachmurzonym błękitem, w cieple lutowych słonecznych promieni. To odkrycie to zbiorowa ruchliwość miejscowej ludności, która wyszła z ciepłych domów i zaczęło się aktywizować, spokojnie, nie nerwowo, acz metodycznie. Bez względu na wiek czy płeć: od kilkunastoletnich młodzieńców po wiekowe gaździny. Wszyscy wyposażeni w akwizyty w postaci wielorakiego rodzaju sprzęt poczęli odśnieżać swoje dojazdy i dojścia do lokalnej uliczki, po której powinna grasować już odśnieżarka. No i proszę. W zdrowym ciele zdrowy duch. I to na jaką skalę! Każdy rano może (natura trochę zmusza do tego) uprawiać sport. Góralski sport narodowy: odśnieżanie.

Ale po chwili przyszło olśnienie. Oni wcale a wcale nie muszą być z tego powodu szczęśliwi wymachując tymi łopatami codziennie prawie przez pół roku. Prawdziwa historia o tych mieszczuchach, co już popełnili taki błąd jest tutaj. Ceper, który zamiast zostać w mieście lub osiąść pod nim na wsi, postanowił kupić domek w górach:

Wyzwolenie z myśli o budowie w górach nastąpiło w oka mgnieniu. Kilka dni w górach i wystarczy. Lepiej wracać na równinę mazowiecką. 

A w góry wystarczy pojechać raz na jakiś czas na parę dni. W końcu nie trzeba od razu sadzić całego lasu, aby mieć trochę drewna!

Tak przy okazji w górach parę ładnych, wyróżniających się projektów też było, choć może nie zawsze miały charakter góralski, ot choćby i coś takiego:

A jaki styl pojawi się w Porębach Nowych? Raczej nie będzie to góralska chata...