Okazuje się, że moja gmina Dobre podąża za duchem czasu. I nie chce pozostawać w tyle w dziedzinie ekologii, dbając o zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych i szkodliwych związków do atmosfery.
To proekologiczne nastawienie zaowocowało w promowaniu fotowoltaiki (PV) poprzez dofinansowanie do instalacji fotowoltaicznych dla chętnych mieszkańców. W ciągu paru minut wniosek został wypełniony i wysłany!
Będę producentem prądu elektrycznego!!!??? Może na tym będzie polegać moje przyszłe zajęcie? Rolnik indywidualny produkujący prąd elektryczny na dwóch morgach utrapienia. Niech zakłady energetyczne drżą z obawy przed konkurencją, która na hektarze albo dwóch łąki zainstaluje baterie słoneczne!:)
Jeszcze nie wiem czy warto, ale tego dokładnie nikt nie wie, co związane jest niestety z zawieruchą wokół ustawy i gwarancją ceny za wyprodukowany prąd, który popłynie od nas do operatora. Ale może warto mimo to stworzyć system wyspowy, który nie będzie połączony z siecią? Kto wie? Do dzieła!
Wniosek wysłałem jeszcze w marcu, w maju wysłałem jakaś dodatkową ankietę, zgadując ile prądu pobiera i żelazko i pralka. I już za parę lat będzie płynąć w kierunku lodówki, telewizora i żarówki własny darmowy prąd.
I co się okazuje? Jest piątkowy lipiec, ja na torbach w drodze na rejs, a tu pani z gminy dzwoni z informacją, że a i owszem mój wniosek został zaakceptowany i jak nadal chce, to oni proszę bardzo, pomogą te panele zainstalować. Proszę bardzo! Można? Można...
Może mój dach będzie wyglądać podobnie?
A tak na poważnie, to mamy problem!Ankietę wysłałem trochę dla picu, trochę w ciemno. Na dachu wciąż tkwi eternit, ja nie wiem kiedy i czym go zastąpię, a tu proszę... gmina już myśli o montowaniu na nim paneli.
Będzie ciekawie! Może się opóźnią tak ze dwa lata... Bo plan jest inny: najpierw remont domu, potem remont 'obory - vel garażu' i dopiero na niej miałem położyć panele.
Taki miałem chytry plan:
panele położyć na budynku gospodarczym, który ma prawie 100m2 dachu skierowanego pięknie wprost na południe, bez żadnego zacienienia. I stamtąd pociągnąć energię elektryczną do domku...
Może się uda? Jak myślicie?
czyli mój 'Life Project' (już nie pierwszy i może nie ostatni)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przebudowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przebudowa. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 lipca 2016
piątek, 15 kwietnia 2016
Inwentaryzacja i wstępna koncepcja lub jej brak
Inwentaryzacja jest. Gotowa. I to od dawna.
Ale do wstępnej koncepcji jeszcze daleko... choć czas szybko leci.
Zatem jak obecnie wygląda domek pokazują poniższe rzuty parteru i poddasza. Na parterze robimy kółko w starym wiejskim stylu spacerując od holu, przez kuchnię i dwa pokoje trafiamy ponownie do holu. Odstępstwem od wiejskiego stylu jest mała łazienka, która znajduje się w domu, a nie za stodółką. Uroku dodaje jej małe okno.
Składzik jest natomiast miejscem, gdzie łakomczuch zawsze znajdzie małe "co nieco", czyli najlepszy na świecie dżem babci z czarnej porzeczki, tudzież z brzoskwini, czy też pyszny mus jabłkowy. Tu też jest łącznik komunikacyjny ze strychem, ale...
... bynajmniej nie są to schody, a najzwyklejsze stroma drabina, po które rączo i ostrożnie raz na trzy lata wspinamy się na strych. A na strychu wiele się nie dzieje (prawdopodobnie), wiatr hula, a pod nogami szeleszczą liście. Ale już nawet z tych małych okien widoki są obiecujące. Zatem jakby zrobić śmiało jakieś większe okna, to może być ciekawie.
Z kolei front to widziany już na zdjęciach obrazek, który po prostu doczekał się przeniesienia na obraz cad'owy. Nawet lepiej chyba prezentuje się w tej postaci niż w realu. Na dole od wschodu i poniżej od zachodu:
A to chcemy zrobić, to trudno zgadnąć, acz zupełnie wstępnie pomysły na parter są takie:
- pojawi się wiatrołap: z jakimś oszkleniem w miejscu obecnych starych betonowych schodów;
- poszerzymy trochę łazienkę; w końcu gdzieś trzeba będzie umieścić źródło ciepła na długie zimowe wieczory, czyli jakiś kocioł c.o.;
- schody (niestety drabina zniknie) w miejscu dużego pokoju i schowka gospodarczego; choć innych wstępnych pomysłów na schody było co najmniej milion. Ekstrawagancja (malownicze schody w salonie) przegrała jednak z pragmatyzmem;
- kuchnia i pokój będą połączone, co pewnie każe nam używać nazwy 'salon', a może lepiej po prostu pokój dzienny z kominkiem. No właśnie. Pojawi się kominek w miejscu starej kuchni. A kuchnia powędruje do budynku gospodarczego, i tam coś ciekawego z niej powstanie, być może;
- okna na ulice zostaną powiększone z obniżonymi dużymi parapetami - tam będą siedziska z poduchami (może jakiejś damie się spodoba taki akcent);
- miał powstać jeszcze wykusz oszklony, ale to zostało uznane jako objaw drobnomieszczańskiej fanaberii, zatem miejsce na duży stół będzie jedynie na tarasie, choć może się i tu gdzieś go upchnie;
- w kuchni zamiast małego okna wybijemy znacznie większe okno na świat i wschód słońca, a przed nimi rozlegnie się taras, czyli miejsce na kawę lub piwo.
Z kolei na piętrze cokolwiek by się nie pojawiło, będzie dobrze. To coś zastąpi w końcu panoszące się tam wszechobecne liście. Na razie jest nadzieja na:
- pokój - sypialnia
- łazienka z widokiem na gwiazdy
- duży pokój z widokami na wschód i zachód i południe też, czyli miejsce rekreacji z odpoczynkiem dla oczu
A tak niestety nie będzie, bo za bogato, za śmiało, bo brak koncepcji u architekta i odwagi u inwestora. Może szkoda???




... szkoda... choć w Porębach byłby to raczej mocny odlot od realu i ekskomunika gotowa.
Podpowiedzi mile widziane! To ostatnie chwile, kiedy mogę coś jeszcze wrzucić do koncepcji, bo jak mi to konstruktor już wszystko przerobi, to będzie za późno, albo doprowadzę do ostatecznej rozpaczy architekt :) Złośliwi twierdzą, że mam takie możliwości..., co niniejszym dementuję.
Ale do wstępnej koncepcji jeszcze daleko... choć czas szybko leci.
Zatem jak obecnie wygląda domek pokazują poniższe rzuty parteru i poddasza. Na parterze robimy kółko w starym wiejskim stylu spacerując od holu, przez kuchnię i dwa pokoje trafiamy ponownie do holu. Odstępstwem od wiejskiego stylu jest mała łazienka, która znajduje się w domu, a nie za stodółką. Uroku dodaje jej małe okno.
Składzik jest natomiast miejscem, gdzie łakomczuch zawsze znajdzie małe "co nieco", czyli najlepszy na świecie dżem babci z czarnej porzeczki, tudzież z brzoskwini, czy też pyszny mus jabłkowy. Tu też jest łącznik komunikacyjny ze strychem, ale...
... bynajmniej nie są to schody, a najzwyklejsze stroma drabina, po które rączo i ostrożnie raz na trzy lata wspinamy się na strych. A na strychu wiele się nie dzieje (prawdopodobnie), wiatr hula, a pod nogami szeleszczą liście. Ale już nawet z tych małych okien widoki są obiecujące. Zatem jakby zrobić śmiało jakieś większe okna, to może być ciekawie.
Z kolei front to widziany już na zdjęciach obrazek, który po prostu doczekał się przeniesienia na obraz cad'owy. Nawet lepiej chyba prezentuje się w tej postaci niż w realu. Na dole od wschodu i poniżej od zachodu:
A to chcemy zrobić, to trudno zgadnąć, acz zupełnie wstępnie pomysły na parter są takie:
- pojawi się wiatrołap: z jakimś oszkleniem w miejscu obecnych starych betonowych schodów;
- poszerzymy trochę łazienkę; w końcu gdzieś trzeba będzie umieścić źródło ciepła na długie zimowe wieczory, czyli jakiś kocioł c.o.;
- schody (niestety drabina zniknie) w miejscu dużego pokoju i schowka gospodarczego; choć innych wstępnych pomysłów na schody było co najmniej milion. Ekstrawagancja (malownicze schody w salonie) przegrała jednak z pragmatyzmem;
- kuchnia i pokój będą połączone, co pewnie każe nam używać nazwy 'salon', a może lepiej po prostu pokój dzienny z kominkiem. No właśnie. Pojawi się kominek w miejscu starej kuchni. A kuchnia powędruje do budynku gospodarczego, i tam coś ciekawego z niej powstanie, być może;
- okna na ulice zostaną powiększone z obniżonymi dużymi parapetami - tam będą siedziska z poduchami (może jakiejś damie się spodoba taki akcent);
- miał powstać jeszcze wykusz oszklony, ale to zostało uznane jako objaw drobnomieszczańskiej fanaberii, zatem miejsce na duży stół będzie jedynie na tarasie, choć może się i tu gdzieś go upchnie;
- w kuchni zamiast małego okna wybijemy znacznie większe okno na świat i wschód słońca, a przed nimi rozlegnie się taras, czyli miejsce na kawę lub piwo.
Z kolei na piętrze cokolwiek by się nie pojawiło, będzie dobrze. To coś zastąpi w końcu panoszące się tam wszechobecne liście. Na razie jest nadzieja na:
- pokój - sypialnia
- łazienka z widokiem na gwiazdy
- duży pokój z widokami na wschód i zachód i południe też, czyli miejsce rekreacji z odpoczynkiem dla oczu
A tak niestety nie będzie, bo za bogato, za śmiało, bo brak koncepcji u architekta i odwagi u inwestora. Może szkoda???




... szkoda... choć w Porębach byłby to raczej mocny odlot od realu i ekskomunika gotowa.
Podpowiedzi mile widziane! To ostatnie chwile, kiedy mogę coś jeszcze wrzucić do koncepcji, bo jak mi to konstruktor już wszystko przerobi, to będzie za późno, albo doprowadzę do ostatecznej rozpaczy architekt :) Złośliwi twierdzą, że mam takie możliwości..., co niniejszym dementuję.
sobota, 2 kwietnia 2016
Wybór architekta do budowy domu
W moim przypadku, nie tyle do budowy, co do przebudowy, ale po paru miesiącach wiem, że to zadanie jest znacznie trudniejsze od budowy od początku.
Mamy architekta! Ale jak do tego doszło, to dłuższa historia i droga przez mękę, bo jest to architekt numer dwa. I oby trzeci nie był potrzebny...
Szukamy architekta! Jak? Teoretycznie najlepiej z polecenia. Ale, jak się później okazało, nie daje to gwarancji końcowego zadowolenia. Ba! Nawet w ogóle jakiegokolwiek zakończenia!
Pierwszy architekt, pan z polecenia, jeszcze przed rozpoczęciem właściwych rozmów dotyczących koncepcji, wydał się sympatyczny i znający na rzeczy. Jego zadaniem miało być opracowanie koncepcji rozbudowy domu, głównie pomysłu na dach i adaptację strychu na tzw. cele mieszkaniowe.
Najpierw miała być inwentaryzacja, żeby w ogóle móc cokolwiek proponować. Ok. Pan architekt zrobił inwentaryzację. Zadanie jak twierdził, proste, krótkie i strasznie nudne, stąd pewnie dlatego zajęło mu to 6 tygodni, a nie dwa wieczory, jak to miało być.
A potem miał zacząć rysować koncepcję. Miała być to jego koncepcja, pomysły, ale okazało się, że podejście było całkiem inne: "powie pan co sobie życzy, a ja to narysuję, a narysować można wszystko". No to zacząłem rysować sam. Schody na środku, z boku, proste, zakręcane. Bardzo kreatywnie się mogłem rozwinąć. Schody były już i na zewnątrz. W pewnym momencie zacząłem myśleć o windzie lub wstawieniu zwykłej drabiny i strażackiego słupa, albo zjeżdżalni zamiast schodów.
Moje (niektóre) pomysły zostały narysowane po kolejnych kilku tygodniach oczekiwania na szybki feedback. Później miałem sobie przemyśleć dach, elewacje, wejście. Takie tam proste rzeczy...
Nie było łatwo. Szybko się okazało, że potrzebny jest mi warsztat kreślarski. W tym celu odwiedziłem sklep z artykułami kreślarskimi, gdzie zaopatrzyłem się w ekierki, kątomierze, pisaki, ołówki, korektory wszelkiej maści i rodzaju i do dzieła! W końcu w pracy jestem też architektem, co prawda business solutions architect'em, ale to już coś.
I tak mijały długie, zimowe już wieczory, dni, weekendy, tygodnie, lata... no nie, lata jeszcze nie. Zanurzyłem w otchłań wizji architektonicznej, czasem brodząc, czasem mknąc jak barakuda w oceanie komplikacji formy architektonicznej. Wiłem się gdzieś między przekleństwem a fascynacją tworzenia. Zamiast skupić się na ogólnej koncepcji bryły, testowałem manualnie ile centymetrów okna da się umieścić w lukarnie, sprawdzając wpływ na poziom spadku dachu. A wszystko z ołówkiem i gumką, a potem kolorowymi pisakami i korektorami. Masakra.
Na wszystko miał spojrzeć pan architekt swoim fachowym okiem i łaskawie wrzucić to do rysunku w cad'zie. Na szczęście pan architekt przez półtora miesiąca nie odbierał telefonu, nie odpisywał na wiadomości, co pozwoliło mi narysować własną koncepcję prawie do końca, a jemu podziękować za współpracę. Mailem. Bo inaczej się nie dało.
Zatem szukamy drugiego architekta. W końcu musi być ktoś, kto przynajmniej przerysuje moje pożal się Boże pomysły i się pod tym jeszcze podpisze. Nie będzie łatwo, ale nic to.
Tym razem wybrałem inną metodę poszukiwania. Miało być szybko, zatem wykorzystałem platformę ofert budowlanych zamieszczając tam zapytanie. Architekt miał się znać na rzeczy, być z powiatu mińskiego, być dostępny, niekoniecznie drogi i.... być kobietą (tego nie mogłem napisać), ale trudno, trzeba przyznać. Po poprzednich doświadczeniach stałem się feministą, przynajmniej w tym zakresie. Doszedłem do wniosku, że w dziedzinie postrzeganie piękna, odnajdywanie się w tym co ładne, co do siebie pasuje, to jednak kobiety biją mężczyzn.
Drugi architekt, naturalnie pani architekt, podjął się współpracy szybko i chętnie. Wstępną moją koncepcję traktuje jedynie jako wymagania funkcjonalne wnętrz, co ubierze w ładną formę na zewnątrz. Wykazuje zapał i chęci, i nawet własne pomysły. I tego właśnie szukamy!
Wydawało się, że poszło szybko i łatwo... choć nie do końca, ale to już za sprawą interwencji dziadka, który orzekł, że jemu się jakakolwiek przebudowa jednak nie podoba. To zmieniło sprawę. Odrobinę. Wydawało się, że to przedwczesny koniec. Ale po miesiącu nastąpiła akceptacja i reaktywacja. I wracamy do naszej miłej pani architekt. Najpierw koncepcja, a potem przygotowanie projektu architektoniczno - budowlanego, co ma zająć około dwa miesiące.
Zatem oddałem się oczekiwaniu na wyniki rysowania koncepcji, zarzucając własne prace rysunkowe. To gorsza strona, bo architektem nie zostanę. Ale może to i lepiej dla urbanistyki w tym kraju...
Mamy architekta! Ale jak do tego doszło, to dłuższa historia i droga przez mękę, bo jest to architekt numer dwa. I oby trzeci nie był potrzebny...
Szukamy architekta! Jak? Teoretycznie najlepiej z polecenia. Ale, jak się później okazało, nie daje to gwarancji końcowego zadowolenia. Ba! Nawet w ogóle jakiegokolwiek zakończenia!
Pierwszy architekt, pan z polecenia, jeszcze przed rozpoczęciem właściwych rozmów dotyczących koncepcji, wydał się sympatyczny i znający na rzeczy. Jego zadaniem miało być opracowanie koncepcji rozbudowy domu, głównie pomysłu na dach i adaptację strychu na tzw. cele mieszkaniowe.
Najpierw miała być inwentaryzacja, żeby w ogóle móc cokolwiek proponować. Ok. Pan architekt zrobił inwentaryzację. Zadanie jak twierdził, proste, krótkie i strasznie nudne, stąd pewnie dlatego zajęło mu to 6 tygodni, a nie dwa wieczory, jak to miało być.
A potem miał zacząć rysować koncepcję. Miała być to jego koncepcja, pomysły, ale okazało się, że podejście było całkiem inne: "powie pan co sobie życzy, a ja to narysuję, a narysować można wszystko". No to zacząłem rysować sam. Schody na środku, z boku, proste, zakręcane. Bardzo kreatywnie się mogłem rozwinąć. Schody były już i na zewnątrz. W pewnym momencie zacząłem myśleć o windzie lub wstawieniu zwykłej drabiny i strażackiego słupa, albo zjeżdżalni zamiast schodów.
Moje (niektóre) pomysły zostały narysowane po kolejnych kilku tygodniach oczekiwania na szybki feedback. Później miałem sobie przemyśleć dach, elewacje, wejście. Takie tam proste rzeczy...
Nie było łatwo. Szybko się okazało, że potrzebny jest mi warsztat kreślarski. W tym celu odwiedziłem sklep z artykułami kreślarskimi, gdzie zaopatrzyłem się w ekierki, kątomierze, pisaki, ołówki, korektory wszelkiej maści i rodzaju i do dzieła! W końcu w pracy jestem też architektem, co prawda business solutions architect'em, ale to już coś.
I tak mijały długie, zimowe już wieczory, dni, weekendy, tygodnie, lata... no nie, lata jeszcze nie. Zanurzyłem w otchłań wizji architektonicznej, czasem brodząc, czasem mknąc jak barakuda w oceanie komplikacji formy architektonicznej. Wiłem się gdzieś między przekleństwem a fascynacją tworzenia. Zamiast skupić się na ogólnej koncepcji bryły, testowałem manualnie ile centymetrów okna da się umieścić w lukarnie, sprawdzając wpływ na poziom spadku dachu. A wszystko z ołówkiem i gumką, a potem kolorowymi pisakami i korektorami. Masakra.
Na wszystko miał spojrzeć pan architekt swoim fachowym okiem i łaskawie wrzucić to do rysunku w cad'zie. Na szczęście pan architekt przez półtora miesiąca nie odbierał telefonu, nie odpisywał na wiadomości, co pozwoliło mi narysować własną koncepcję prawie do końca, a jemu podziękować za współpracę. Mailem. Bo inaczej się nie dało.
Zatem szukamy drugiego architekta. W końcu musi być ktoś, kto przynajmniej przerysuje moje pożal się Boże pomysły i się pod tym jeszcze podpisze. Nie będzie łatwo, ale nic to.
Tym razem wybrałem inną metodę poszukiwania. Miało być szybko, zatem wykorzystałem platformę ofert budowlanych zamieszczając tam zapytanie. Architekt miał się znać na rzeczy, być z powiatu mińskiego, być dostępny, niekoniecznie drogi i.... być kobietą (tego nie mogłem napisać), ale trudno, trzeba przyznać. Po poprzednich doświadczeniach stałem się feministą, przynajmniej w tym zakresie. Doszedłem do wniosku, że w dziedzinie postrzeganie piękna, odnajdywanie się w tym co ładne, co do siebie pasuje, to jednak kobiety biją mężczyzn.
Drugi architekt, naturalnie pani architekt, podjął się współpracy szybko i chętnie. Wstępną moją koncepcję traktuje jedynie jako wymagania funkcjonalne wnętrz, co ubierze w ładną formę na zewnątrz. Wykazuje zapał i chęci, i nawet własne pomysły. I tego właśnie szukamy!
Wydawało się, że poszło szybko i łatwo... choć nie do końca, ale to już za sprawą interwencji dziadka, który orzekł, że jemu się jakakolwiek przebudowa jednak nie podoba. To zmieniło sprawę. Odrobinę. Wydawało się, że to przedwczesny koniec. Ale po miesiącu nastąpiła akceptacja i reaktywacja. I wracamy do naszej miłej pani architekt. Najpierw koncepcja, a potem przygotowanie projektu architektoniczno - budowlanego, co ma zająć około dwa miesiące.
Zatem oddałem się oczekiwaniu na wyniki rysowania koncepcji, zarzucając własne prace rysunkowe. To gorsza strona, bo architektem nie zostanę. Ale może to i lepiej dla urbanistyki w tym kraju...
czwartek, 24 marca 2016
Domek na wsi czy domek w górach
Chwila relaksu w górach z dziewczynami miała zapewnić, że na parę dni uda się zapomnieć o sprawach bieżących i oderwać od codzienności.
Jednak już sama podróż pokazała, że będzie trudno. Jazda samochodem przez parę województw okazała się szansą na poszukiwanie nowych pomysłów i inspiracji. Inaczej mówiąc, zamiast jezdni widziałem głównie dachy i elewacje. Czy to normalne czy jednak już zboczenie?
Na szczęście na stoku nastąpiło oderwanie od poszyć dachowych (budka z kasą miała dach zupełnie nie wart dłuższej kontemplacji). Choć już na drugi dzień pojawiły się poranne i wieczorne spacery, które umożliwiły zbliżyć się do architektury góralskiej. Ciekawa dość, urozmaicona rzekłbym. Absorbuje wiele kolorów, pomysłów, wszystkiego. Jednym słowem, polski chaos, jak wszędzie. Przykre.
Jednego można góralom niewątpliwie pozazdrościć: mianowicie widoków. Z naszego okna rozpościerał się taki oto widok na Tatry:
Śliczna panorama tatrzańska na śniadanie. Nawet nie trzeba było wychodzić z pokoju, aby oko mogło odpocząć od miejskich korków na ulicy, a ucho od kakofonii komunikacyjnej. Mimo, że śniegu było coraz mniej, to zimowej urody górom to bynajmniej nie odejmowało.
Ale w nocy przyszedł opad śniegu, nie znany w Warszawie przynajmniej od wielu lat, wywołując wśród turystów jednocześnie radość (bo warunki na białe narciarskie szaleństwo cudne) i panikę (bo trzeba będzie jakoś dotrzeć na stoki).
Niewątpliwie dzięki świeżemu śniegowi zrobiło się uroczo i powstała myśl:
czy może zamiast remontować domek na wsi nie byłoby lepiej zbudować domek w górach?
... z dala od cywilizacji, gdzieś w środku gór, pod parkiem narodowym...
Myśl kiełkowa i się zagnieżdżała coraz głębiej. Jak to byłoby pięknie uciec od miasta tak daleko na stałe, móc co dzień chodzić po górach, skakać wzdłuż górskich potoków, po pasterskich halach, wspinając się po graniach... zagryzając pachnącym oscypkiem, i do późnej jesieni zbierając jagody wysoko na zboczach stoków...
I tak zaduma by trwała i dalej się umacniała na niwie poszukiwania celu życiowego, gdyby nie powolne odkrycie uczynione podczas porannego spaceru pod cudownym, niezachmurzonym błękitem, w cieple lutowych słonecznych promieni. To odkrycie to zbiorowa ruchliwość miejscowej ludności, która wyszła z ciepłych domów i zaczęło się aktywizować, spokojnie, nie nerwowo, acz metodycznie. Bez względu na wiek czy płeć: od kilkunastoletnich młodzieńców po wiekowe gaździny. Wszyscy wyposażeni w akwizyty w postaci wielorakiego rodzaju sprzęt poczęli odśnieżać swoje dojazdy i dojścia do lokalnej uliczki, po której powinna grasować już odśnieżarka. No i proszę. W zdrowym ciele zdrowy duch. I to na jaką skalę! Każdy rano może (natura trochę zmusza do tego) uprawiać sport. Góralski sport narodowy: odśnieżanie.
Ale po chwili przyszło olśnienie. Oni wcale a wcale nie muszą być z tego powodu szczęśliwi wymachując tymi łopatami codziennie prawie przez pół roku. Prawdziwa historia o tych mieszczuchach, co już popełnili taki błąd jest tutaj. Ceper, który zamiast zostać w mieście lub osiąść pod nim na wsi, postanowił kupić domek w górach:
Wyzwolenie z myśli o budowie w górach nastąpiło w oka mgnieniu. Kilka dni w górach i wystarczy. Lepiej wracać na równinę mazowiecką.
A w góry wystarczy pojechać raz na jakiś czas na parę dni. W końcu nie trzeba od razu sadzić całego lasu, aby mieć trochę drewna!
Tak przy okazji w górach parę ładnych, wyróżniających się projektów też było, choć może nie zawsze miały charakter góralski, ot choćby i coś takiego:
A jaki styl pojawi się w Porębach Nowych? Raczej nie będzie to góralska chata...
Jednak już sama podróż pokazała, że będzie trudno. Jazda samochodem przez parę województw okazała się szansą na poszukiwanie nowych pomysłów i inspiracji. Inaczej mówiąc, zamiast jezdni widziałem głównie dachy i elewacje. Czy to normalne czy jednak już zboczenie?
Na szczęście na stoku nastąpiło oderwanie od poszyć dachowych (budka z kasą miała dach zupełnie nie wart dłuższej kontemplacji). Choć już na drugi dzień pojawiły się poranne i wieczorne spacery, które umożliwiły zbliżyć się do architektury góralskiej. Ciekawa dość, urozmaicona rzekłbym. Absorbuje wiele kolorów, pomysłów, wszystkiego. Jednym słowem, polski chaos, jak wszędzie. Przykre.
Jednego można góralom niewątpliwie pozazdrościć: mianowicie widoków. Z naszego okna rozpościerał się taki oto widok na Tatry:
Śliczna panorama tatrzańska na śniadanie. Nawet nie trzeba było wychodzić z pokoju, aby oko mogło odpocząć od miejskich korków na ulicy, a ucho od kakofonii komunikacyjnej. Mimo, że śniegu było coraz mniej, to zimowej urody górom to bynajmniej nie odejmowało.
Ale w nocy przyszedł opad śniegu, nie znany w Warszawie przynajmniej od wielu lat, wywołując wśród turystów jednocześnie radość (bo warunki na białe narciarskie szaleństwo cudne) i panikę (bo trzeba będzie jakoś dotrzeć na stoki).
Niewątpliwie dzięki świeżemu śniegowi zrobiło się uroczo i powstała myśl:
czy może zamiast remontować domek na wsi nie byłoby lepiej zbudować domek w górach?
... z dala od cywilizacji, gdzieś w środku gór, pod parkiem narodowym...
Myśl kiełkowa i się zagnieżdżała coraz głębiej. Jak to byłoby pięknie uciec od miasta tak daleko na stałe, móc co dzień chodzić po górach, skakać wzdłuż górskich potoków, po pasterskich halach, wspinając się po graniach... zagryzając pachnącym oscypkiem, i do późnej jesieni zbierając jagody wysoko na zboczach stoków...
I tak zaduma by trwała i dalej się umacniała na niwie poszukiwania celu życiowego, gdyby nie powolne odkrycie uczynione podczas porannego spaceru pod cudownym, niezachmurzonym błękitem, w cieple lutowych słonecznych promieni. To odkrycie to zbiorowa ruchliwość miejscowej ludności, która wyszła z ciepłych domów i zaczęło się aktywizować, spokojnie, nie nerwowo, acz metodycznie. Bez względu na wiek czy płeć: od kilkunastoletnich młodzieńców po wiekowe gaździny. Wszyscy wyposażeni w akwizyty w postaci wielorakiego rodzaju sprzęt poczęli odśnieżać swoje dojazdy i dojścia do lokalnej uliczki, po której powinna grasować już odśnieżarka. No i proszę. W zdrowym ciele zdrowy duch. I to na jaką skalę! Każdy rano może (natura trochę zmusza do tego) uprawiać sport. Góralski sport narodowy: odśnieżanie.
Ale po chwili przyszło olśnienie. Oni wcale a wcale nie muszą być z tego powodu szczęśliwi wymachując tymi łopatami codziennie prawie przez pół roku. Prawdziwa historia o tych mieszczuchach, co już popełnili taki błąd jest tutaj. Ceper, który zamiast zostać w mieście lub osiąść pod nim na wsi, postanowił kupić domek w górach:
Wyzwolenie z myśli o budowie w górach nastąpiło w oka mgnieniu. Kilka dni w górach i wystarczy. Lepiej wracać na równinę mazowiecką.
A w góry wystarczy pojechać raz na jakiś czas na parę dni. W końcu nie trzeba od razu sadzić całego lasu, aby mieć trochę drewna!
Tak przy okazji w górach parę ładnych, wyróżniających się projektów też było, choć może nie zawsze miały charakter góralski, ot choćby i coś takiego:
A jaki styl pojawi się w Porębach Nowych? Raczej nie będzie to góralska chata...
wtorek, 15 marca 2016
Wniosek WZ
Wniosek WZ to wniosek o wydanie decyzji o warunkach zabudowy (WZ).
Wniosek udało się złożyć 15 lutego. Najważniejszym elementem wniosku była deklaracja dotycząca warunków technicznych. Trzeba było powziąć męską decyzję i się określić. I wyszło tak:
- specyfikacja dachu: dwuspadowy o nachyleniu do 40 stopni;
- szerokość frontu domu: długość elewacji frontowej do 12m;
Warunki zabudowy gmina powinna wydać w ciągu 30 dni, czyli... już 15 marca, ale zgodnie z dobrą tradycją budowlaną przewidywane jest co najmniej dwutygodniowe opóźnienie.
Wydawałoby się, że przy przebudowie procedura powinna być automatyczna, tym bardziej że nie ma planu zagospodarowania przestrzennego, do którego trzeba się dostosowywać. Praktycznie zmieni się jedynie dach. Ale jednak będzie to trwać i trwać. A jak ktoś zechce potem poszyć dach kolorem przejrzałej cytryny lub młodego różu, to i tak to zrobi! Albo kto komu zabroni na Mazowszu skonstruować śliczny spadzisty góralski dach. Pstrokato i różnorako. Ni ładu, ni składu.
Myślałem, że chcę zmienić jedynie dach, a tu okazuje się, że wydawałoby się prosty remont uruchamia łańcuch urzędników zamieszanych w analizę mojego remontu. Oprócz urzędnika w gminie ds. inwestycji, będzie specjalista ds. urbanistyki, a potem cały zespół ZUD i nie wiem kto jeszcze. Pozostaje mi wierzyć i ufać, że ciężka praca urzędników za nasze pieniądze płynące z podatków zaowocuje, a jej efekty będą przytłaczać swoim profesjonalizmem, jakością i szczegółowością. Skoro nie jest szybko, to na pewno musi być dobrze.
Nic to. Cierpliwie poczekam. W końcu się nie pali.
Wniosek udało się złożyć 15 lutego. Najważniejszym elementem wniosku była deklaracja dotycząca warunków technicznych. Trzeba było powziąć męską decyzję i się określić. I wyszło tak:
- specyfikacja dachu: dwuspadowy o nachyleniu do 40 stopni;
- szerokość frontu domu: długość elewacji frontowej do 12m;
- wysokość kalenic: wysokość do 9m;
- powierzchnia zabudowy domu: do 110m kwadratowych.
Kolejne zadanie miało wymiar plastyczny, gdzie na mapie działki w skali 1:1000 trzeba było popisać się takowym rysunkiem, który urzędnikowi jednoznacznie wskaże naszą działkę i przedstawi granice oddziaływania inwestycji na środowisko, co wyszło w przybliżeniu jak widać:
- powierzchnia zabudowy domu: do 110m kwadratowych.
Kolejne zadanie miało wymiar plastyczny, gdzie na mapie działki w skali 1:1000 trzeba było popisać się takowym rysunkiem, który urzędnikowi jednoznacznie wskaże naszą działkę i przedstawi granice oddziaływania inwestycji na środowisko, co wyszło w przybliżeniu jak widać:
Warunki zabudowy gmina powinna wydać w ciągu 30 dni, czyli... już 15 marca, ale zgodnie z dobrą tradycją budowlaną przewidywane jest co najmniej dwutygodniowe opóźnienie.
Wydawałoby się, że przy przebudowie procedura powinna być automatyczna, tym bardziej że nie ma planu zagospodarowania przestrzennego, do którego trzeba się dostosowywać. Praktycznie zmieni się jedynie dach. Ale jednak będzie to trwać i trwać. A jak ktoś zechce potem poszyć dach kolorem przejrzałej cytryny lub młodego różu, to i tak to zrobi! Albo kto komu zabroni na Mazowszu skonstruować śliczny spadzisty góralski dach. Pstrokato i różnorako. Ni ładu, ni składu.
Myślałem, że chcę zmienić jedynie dach, a tu okazuje się, że wydawałoby się prosty remont uruchamia łańcuch urzędników zamieszanych w analizę mojego remontu. Oprócz urzędnika w gminie ds. inwestycji, będzie specjalista ds. urbanistyki, a potem cały zespół ZUD i nie wiem kto jeszcze. Pozostaje mi wierzyć i ufać, że ciężka praca urzędników za nasze pieniądze płynące z podatków zaowocuje, a jej efekty będą przytłaczać swoim profesjonalizmem, jakością i szczegółowością. Skoro nie jest szybko, to na pewno musi być dobrze.
Nic to. Cierpliwie poczekam. W końcu się nie pali.
Etykiety:
budowa,
Poręby Nowe - wniosek WZ (wniosek o wydanie decyzji o warunkach zabudowy),
przebudowa,
rozbudowa
Lokalizacja:
Poręby Nowe, gmina Dobre, Polska
środa, 17 lutego 2016
Eternit... i co dalej? Czyli co domek ma w środku: od azbestu po luksusy
Rok temu dziadek postraszył, że kupuje 'ładną' i bardzo tanią wiśniową blachę i ma już taniego dekarza i że załatwi to latem. Strach przed koncepcją kolorowej blachy zmobilizował do działania.
Zlecenie zakupu 'wiśniówki' zostało zablokowane.... Choć po drugiej stronie bystre oko zauważyłoby dwa zwalczające się żywioły: z jednej strony ładna blacha, a z drugiej nadzieja, że jednak syn to zrobi sam. Zaliczka została jednak wycofana, tani dekarz niestety też stracił nadzieję na dodatkową robótkę. A eternit się ostał i nadal świeci swoją niewątpliwą urodą a'la 'wczesny gierek', czyli cud i technologia prosto z czarodziejskich i romantycznych lat siedemdziesiątych.
I zaczęło się myślenie: jaki dach będzie ładny, jaki będzie możliwy do wykonania do konstrukcji domu zbudowanego w 1968 roku?
Inne pytanie jest jeszcze trudniejsze i krótsze. Po co? Ale to inny temat, a może te zapiski (słowo 'blog' jeszcze łatwo nie przechodzi mi przez klawiaturę) to same rozwiążą?
Dom ma już 48 lat i lata świetności dawno minęły, choć tu są zmienne opinie: niektórzy twierdzą, że nigdy nie nastąpiły (babcia), a niektórzy, że nadal da się tam mieszkać (dziadek).
A co wiejski domek we wsi Poręby Nowe, w gminie Dobre w powiecie mińskim, sobą reprezentuje?
No cóż... na dachu mamy eternit, czyli azbest i podobno dopóty, dopóki go się nie rusza, to straszny nie jest. I oby. Bo im dalej od Warszawy, tym tych dachów jest więcej. Program darmowej utylizacji jakoś bardzo tego nie zmienia, bo do nowego dachu i tak nikt nie dopłaci. Utylizacja to koszt około dwóch tysięcy złotych, a nowy dach nawet dla małego domu to przynajmniej trzy razy tyle i to pod warunkiem, że nic się nie zmienia, a właściciel stanie się jeszcze sam sobie dekarzem.
Z drugiej strony duch ekologii i dbania o zdrowie jest u nas kapkę mniej popularny niż u zachodnich i sąsiadów, co też nie jest dodatkowym bodźcem do zmian.
Jak jest dach, to jest i strop. A w nim sześć żelaznych belek, ułożonych w poprzek domu oraz sześciocentymetrowa cegła dziurawka z warstwą betonu na wierzchu. Wszystkie szczegóły techniczne ma w jednym palcu oczywiście główny inżynier i budowniczy starego domu, czyli dziadek. Szyny solidnie wspierają konstrukcję stropu i będą ciekawym wyzwaniem dla budowy schodów, tak aby się przez nie skutecznie przebić, nie zawalając stropu.
Dom ma okna. I to tyle dobrego w tym temacie. Żeby więcej coś dopisać: dom ma okna do wymiany. Okna są stare (to tak jakby w tym domu powiedzieć 'głośna burza'), drewniane, z ciekawie opadającą farbą. Mają fikuśne haczyki (nowość za 'gierka'), dzięki którym po otwarciu przy wietrze szyba często, choć nie zawsze, pozostawała w ramach. Jeszcze parę takich odkryć i melancholia zdefiniuje styl domu: boski, nowoczesny gierek. Brrrr... Może i komunistów tamta epoka miała wspaniałych (choć wyrażenie 'wspaniały komunista' to jednak błąd co najmniej stylistyczny), ale dobrych architektów i projektantów skutecznie się pozbyła.
Natomiast okna mają wspaniałą moskitierę, ręcznie zrobioną na wymiar przez dziadka. Dzieło sztuki na miarę Porąb, spod złotej rączki jakim jest dziadek. Trzeba przyznać, że jak już coś zrobi, to jakościowo jest to mistrzowska szkoła, nie do przebicia, nie do zdarcia. Mucha nie siada, komar nie bzyka. Mój niedościgniony wzór.
No i jeszcze kwestia ocieplenia, ale to krótki temat. Brak.
A właściwie jest gorzej. Murarz, czego nasz kochany dziadek nie dopilnował, i nie dał ku swojemu zmartwieniu zapobiec, po postawieniu murów z dużej cegły dziurawki - kratówki oraz warstwy suporeksu, postanowił przestrzeń pomiędzy nimi zalać betonem, nie przejmując się za specjalnie problematyką izolacji termicznej.
Jest jeszcze ogrzewanie, a właściwie też jego brak, przynajmniej z punktu widzenia mieszczucha. No bo owszem, niby jest piec kaflowy na chleb i serniki (praktycznie nie używany w tym wieku, poza sporadycznymi przepaleniami wiosną i jesienią), ale jednak deko kłopotliwy. Temat co z tym robić, to kolejna odsłona zmartwień, problemów, i pomysłów.
Dom służy obecnie właściwie jedynie jako 'letniak' przez maksymalnie pół roku z prostych względów. W środku jest zimno jak na Kamczatce. Nigdy nie byłem. Ale zimno jest piekielnie. Żeby się ogrzać należy: albo włączyć lodówkę, albo wyjść na dwór.
No i do tego wystrój mało przytulny sprzyja raczej temu, aby z domu uciekać na zewnątrz. Coś ten 'gierek' mnie nie może do siebie przekonać... Chyba poszukamy innego stylu.
Luksusy
Są. Z punktu widzenia Gomółki, nawet niepotrzebne, i do tego świadczące o burżuazyjnych zapędach lokatorów. Zatem mamy wodę z wodociągu, czyli do studni nie trzeba biegać. A nawet jest ciepła woda oddzielnie... Tu to już ani chybi majster rzekłby tak:
"pan chciałbyś tak: mieć zimną wodę osobną, ciepłą osobną, szczelne rurki, kafelki, duperelki, kraniki, dywaniki. Chamstwo! I drobnomieszczaństwo z pana wylazło."
A pewnie, żebym chciał! Zatem mamy i wodę, i kraniki.
Jest nawet łazienka i własne szambo. To też ciekawy temat, bo odkryłem, że z dziadkiem zbudowaliśmy je nielegalnie. Budowa szamba wymaga pozwolenia, o czym dowiedziałem się niedawno, przypadkiem. Zatem oficjalnie szambo powstało już dawno temu. Kiedy? Nikt nie pamięta. Ale na pewno w czasach, których archiwa powiatowe nie obejmują.
I takich odkryć może będzie więcej...
Swoją drogą ciekawe, że architekt w ogóle nie pyta o fundamenty, a dziadek podejrzliwie nie ukrywa, że to nie jest konstrukcja, która zniesie wszystko...
Zlecenie zakupu 'wiśniówki' zostało zablokowane.... Choć po drugiej stronie bystre oko zauważyłoby dwa zwalczające się żywioły: z jednej strony ładna blacha, a z drugiej nadzieja, że jednak syn to zrobi sam. Zaliczka została jednak wycofana, tani dekarz niestety też stracił nadzieję na dodatkową robótkę. A eternit się ostał i nadal świeci swoją niewątpliwą urodą a'la 'wczesny gierek', czyli cud i technologia prosto z czarodziejskich i romantycznych lat siedemdziesiątych.
I zaczęło się myślenie: jaki dach będzie ładny, jaki będzie możliwy do wykonania do konstrukcji domu zbudowanego w 1968 roku?
Inne pytanie jest jeszcze trudniejsze i krótsze. Po co? Ale to inny temat, a może te zapiski (słowo 'blog' jeszcze łatwo nie przechodzi mi przez klawiaturę) to same rozwiążą?
Dom ma już 48 lat i lata świetności dawno minęły, choć tu są zmienne opinie: niektórzy twierdzą, że nigdy nie nastąpiły (babcia), a niektórzy, że nadal da się tam mieszkać (dziadek).
A co wiejski domek we wsi Poręby Nowe, w gminie Dobre w powiecie mińskim, sobą reprezentuje?
No cóż... na dachu mamy eternit, czyli azbest i podobno dopóty, dopóki go się nie rusza, to straszny nie jest. I oby. Bo im dalej od Warszawy, tym tych dachów jest więcej. Program darmowej utylizacji jakoś bardzo tego nie zmienia, bo do nowego dachu i tak nikt nie dopłaci. Utylizacja to koszt około dwóch tysięcy złotych, a nowy dach nawet dla małego domu to przynajmniej trzy razy tyle i to pod warunkiem, że nic się nie zmienia, a właściciel stanie się jeszcze sam sobie dekarzem.
Z drugiej strony duch ekologii i dbania o zdrowie jest u nas kapkę mniej popularny niż u zachodnich i sąsiadów, co też nie jest dodatkowym bodźcem do zmian.
Jak jest dach, to jest i strop. A w nim sześć żelaznych belek, ułożonych w poprzek domu oraz sześciocentymetrowa cegła dziurawka z warstwą betonu na wierzchu. Wszystkie szczegóły techniczne ma w jednym palcu oczywiście główny inżynier i budowniczy starego domu, czyli dziadek. Szyny solidnie wspierają konstrukcję stropu i będą ciekawym wyzwaniem dla budowy schodów, tak aby się przez nie skutecznie przebić, nie zawalając stropu.
Dom ma okna. I to tyle dobrego w tym temacie. Żeby więcej coś dopisać: dom ma okna do wymiany. Okna są stare (to tak jakby w tym domu powiedzieć 'głośna burza'), drewniane, z ciekawie opadającą farbą. Mają fikuśne haczyki (nowość za 'gierka'), dzięki którym po otwarciu przy wietrze szyba często, choć nie zawsze, pozostawała w ramach. Jeszcze parę takich odkryć i melancholia zdefiniuje styl domu: boski, nowoczesny gierek. Brrrr... Może i komunistów tamta epoka miała wspaniałych (choć wyrażenie 'wspaniały komunista' to jednak błąd co najmniej stylistyczny), ale dobrych architektów i projektantów skutecznie się pozbyła.
Natomiast okna mają wspaniałą moskitierę, ręcznie zrobioną na wymiar przez dziadka. Dzieło sztuki na miarę Porąb, spod złotej rączki jakim jest dziadek. Trzeba przyznać, że jak już coś zrobi, to jakościowo jest to mistrzowska szkoła, nie do przebicia, nie do zdarcia. Mucha nie siada, komar nie bzyka. Mój niedościgniony wzór.
No i jeszcze kwestia ocieplenia, ale to krótki temat. Brak.
A właściwie jest gorzej. Murarz, czego nasz kochany dziadek nie dopilnował, i nie dał ku swojemu zmartwieniu zapobiec, po postawieniu murów z dużej cegły dziurawki - kratówki oraz warstwy suporeksu, postanowił przestrzeń pomiędzy nimi zalać betonem, nie przejmując się za specjalnie problematyką izolacji termicznej.
Jest jeszcze ogrzewanie, a właściwie też jego brak, przynajmniej z punktu widzenia mieszczucha. No bo owszem, niby jest piec kaflowy na chleb i serniki (praktycznie nie używany w tym wieku, poza sporadycznymi przepaleniami wiosną i jesienią), ale jednak deko kłopotliwy. Temat co z tym robić, to kolejna odsłona zmartwień, problemów, i pomysłów.
Dom służy obecnie właściwie jedynie jako 'letniak' przez maksymalnie pół roku z prostych względów. W środku jest zimno jak na Kamczatce. Nigdy nie byłem. Ale zimno jest piekielnie. Żeby się ogrzać należy: albo włączyć lodówkę, albo wyjść na dwór.
No i do tego wystrój mało przytulny sprzyja raczej temu, aby z domu uciekać na zewnątrz. Coś ten 'gierek' mnie nie może do siebie przekonać... Chyba poszukamy innego stylu.
Luksusy
Są. Z punktu widzenia Gomółki, nawet niepotrzebne, i do tego świadczące o burżuazyjnych zapędach lokatorów. Zatem mamy wodę z wodociągu, czyli do studni nie trzeba biegać. A nawet jest ciepła woda oddzielnie... Tu to już ani chybi majster rzekłby tak:
"pan chciałbyś tak: mieć zimną wodę osobną, ciepłą osobną, szczelne rurki, kafelki, duperelki, kraniki, dywaniki. Chamstwo! I drobnomieszczaństwo z pana wylazło."
A pewnie, żebym chciał! Zatem mamy i wodę, i kraniki.
Jest nawet łazienka i własne szambo. To też ciekawy temat, bo odkryłem, że z dziadkiem zbudowaliśmy je nielegalnie. Budowa szamba wymaga pozwolenia, o czym dowiedziałem się niedawno, przypadkiem. Zatem oficjalnie szambo powstało już dawno temu. Kiedy? Nikt nie pamięta. Ale na pewno w czasach, których archiwa powiatowe nie obejmują.
I takich odkryć może będzie więcej...
Swoją drogą ciekawe, że architekt w ogóle nie pyta o fundamenty, a dziadek podejrzliwie nie ukrywa, że to nie jest konstrukcja, która zniesie wszystko...
niedziela, 14 lutego 2016
A drzewa sadzi się w rządku
"Dach może by trzeba zmienić" - bąkał dziadek z rzadka, co parę miesięcy. I jak to on lubi wziął sam się rok temu do czynu. Po cichu i po swojemu. Tak lubi.
Tak też pilnuje porządku na działce. Jakiekolwiek próby własnej inwencji, godzącej w ład i porządek widziany jego oczami, są z góry skazane na usunięcie bądź banicję. Sadzenie drzewek inaczej niż w rządku oznacza, że wcześniej czy później (raczej wcześniej) drzewko pozostanie przywrócone do pionu, to znaczy przepraszam: przywrócone do rządku.
Dziadek jest (bez sarkazmu) mistrzem przycinania owocowych drzewek. Robi to perfekcyjnie. Mam nadzieję, że przekaże mi swoją wiedzę w tym zakresie. Ale jego zapędy przycinania niestety często idą dalej...
Na działce rosną między innymi dwie piękne, duże, stare brzozy. Od lat łakomym kąskiem patrzył na nie, co by je poprzycinać. No bo "przecież się tak rozrosły, że mogą gałęzie się odłamać, jak halny przyjdzie,... a bo przecież tyle tych liści leci jesienią, że nie idzie ich grabić'. Pilnowaliśmy te zapędy 'drwala' skutecznie przez parę lat, również z aktywną pomocą Darka, naszego drogiego kuzyna i sąsiada w jednej osobie, który szczęśliwie dla nas kocha naturę i jej owoce, tu w postaci dumnych, rozłożystych drzew. I przez parę lat wygrywaliśmy ten nierówny pojedynek, a było już blisko, bo raz dziadek został już ściągany z drabiny z piłą, a innym razem w ostatniej chwili udało się powstrzymać zamówionych najemników z profesjonalnym sprzętem do katowania brzóz. Ufff....
Niestety po paru latach, chwila nieuwagi, i dziadek ku swej radości obwieścił nam dumnie, że wreszcie przyciął po parę gałązek brzozom i nie będzie już tyle liści. Na marginesie te 'gałązki' to były może i kilkunastometrowe konary. Myślałem że serce mi pęknie, a brzozy nie przestaną cicho kwilić. Moja M. była jeszcze bardziej stanowcza i wyraźnie i dobitnie oświadczyła, że na tak okaleczonej działce, to jej noga już nigdy nie powstanie. Żal było patrzeć...
Nie był to też ostatni 'sukces' dziadka w materii zdobywania sprawności 'drwala'. Sam jestem temu trochę winien, bo kiedyś w prezencie dostał piłę mechaniczną do przecinki. Ale kto wiedział, że to w tym kierunku pójdzie samorozwój... Dobrze, że krajzegi nie kupiłem, by byśmy mieli boazerię zamiast okazałych brzóz.
W ogrodzie przed frontem domu, w cudowny sposób nie w rządku, kilkanaście lat temu udało się posadzić moje do dziś dwa ukochane drzewa: klon i dąb. Urosły aż miło, a nie miały łatwo, bo dziadek co rusz łypał na nie łakomym okiem. Klon ocalał nieruszony. Moja duma. Ale dąb biedaczysko przecierpiał swoje. Dziadek był przekonany, że dąb to zdecydowanie za wysokie drzewo na ogród i go przyciął z góry niczym wyrośnięty pęd malin. To się dąb zdziwił. Niestety nie miał siły krzyknąć: "nie jestem jabłonką". Krew przestała płynąć na ten widok... Na szczęście drzewko udowodniło, że jego wola życia i bycia smukłym, a za sto lat okazałym pięknym 'Barkiem' jest silniejsza i przetrwa zakusy z sekatorem w ręku.
Jednak to, że dom stoi i się jeszcze jakoś w ogóle prezentuje, jest wyłączną zasługą dziadka Tadeusza.
Działka jest pięknie zadbana. Jak dla mnie jest najładniejsza w okolicy. Latem jest cała w zieleni: jabłka, śliwki, czereśnie, brzoskwinie (!!!), maliny, porzeczki, no i moje ukochane drzewa liściaste: klony, dęby i polskie śliczne brzozy. A przy drodze szlachetne cisy (zamiast pospolitych tuj), co (to i nie tylko to) z kolei jest zasługą mojej M.
Tu widać mojego ukochanego klonika. Zimową porą bez liści, za to od wiosny zieloniutki, a potem czerwieni się w jesiennym słońcu; dziś jest już większy od domu....
A z prawej dumny dąb, który najgorsze ma już chyba za sobą :)
W głębi po prawej wyglądają nieśmiało dumne panie brzozy...
A z prawej dumny dąb, który najgorsze ma już chyba za sobą :)
W głębi po prawej wyglądają nieśmiało dumne panie brzozy...
czwartek, 11 lutego 2016
Geneza
Wszystko zaczęło się już lata temu od nieśmiałych wtrąceń dziadka, że w domu na wsi trzeba zmienić eternit, którym obecnie pokryty jest dach, bo niedługo skończy się ustawowy okres ochronny na wspieraną przez gminy utylizację azbestu. Uwagi właściwie były o tyle nieśmiałe, że nie spowodowały większego zainteresowania u potencjalnego inwestora, czyli autora tego wątku.
A może były one zbyt nieśmiałe, że aż trudno nazwać uwagami jednozdaniowe wtrącenia przytaczane co parę niedziel pomiędzy rosołem a kotletem podczas tradycyjnych obiadków u babci.
Tak naprawdę to wszystko zaczęło się wcześniej... Dużo wcześniej. Historii nie oszukam, dziedzictwa się nie wyprę. Poręby Nowe to miejsce mojego urodzenia, a właściwie pierwsze trzy lata życia, bo urodziłem się w Mińsku Mazowieckim.
Czyli kim jestem?
Miastowym czy jednak człowiekiem ze wsi? Z pierwszych trzech lat życia w pamięci wiele 'zdjęć' nie zostaje. Jedno z nich to szarżujący na mnie koń, czyli stara chabeta zwana Baśką, która nie wiedząc czemu robi sobie skok nade mną. Ani chybi musiał to być dowód, że można się najeść 'szaleju', bo nigdy nie pamiętam, żeby ktoś dał radę zmusić szkapinę do kłusu nawet, a co dopiero do tak zacnego cwału ze skokami niczym na Wielkiej Pardubickiej, a nie na spokojnych Porębach Nowych. I to chyba tyle.
Czyli całe świadome życie, od przedszkola, spędziłem w mieście. To by oznaczało, że jednak jestem mieszczuch. Tu się czuję dobrze, ścieżki życia są przetarte i znane. Od gry w kapsle na Saskiej i lody na Walecznych, przez liceum "Powstańców W-wy" i studia, po dorosłe życie.
A jednak coś ciągnie na wieś.
To trochę jak morze, którego nienawidzisz za sztormy i niewygody, a które skutecznie cię wzywa i przyciąga nie zważając na opory i lenistwo mieszczucha. I wbrew wcześniejszym zarzekaniom, że nigdy więcej nie popłyniesz, to znowu się tam wybierasz.
Wezwanie wsi może będzie nawet silniejsze, a może nie? Może na razie jest to tylko zew natury, który nakazuje spłodzić syna, posadzić drzewo i zbudować dom.
Zatem podejmuję wyzwanie natury i jeśli Bóg pozwoli, a tata (zwany tu dziadkiem Tadziem) nie zmieni zdania, to zbuduję ten dom.
... Choć nie jest to budowa od zera, lecz przebudowa i rozbudowa, ale nie czepiając się szczegółów wychodzi na to samo. A nawet jest to zadanie trudniejsze, jak już wiem. I nie chodzi tu tylko o dopasowanie pomysłów z ograniczeniami konstrukcyjnymi starego domku, a nade wszystko o pogodzenie własnych pomysłów z arcysilnym oporem dziadka, który ma swoje przyzwyczajenia i przesunięcie jednej cegły o parę centymetrów budzi i strach i zgrozę. Nie jest łatwo, ale damy radę! Jakbym wspomniał, że rozważam nawet wyburzenie wszystkiego i budowę fundamentów od zera, to chyba trafiłby we mnie piorun, jak nie z oczu dziadka, bo to człek nad wyraz spokojny, ale chyba prosto z nieba.
Zatem mieszczuchu do dzieła!
A tak jeszcze wygląda szczęście dziadka, i moje też :) ... a może nie tylko! (oby)

Ani chybi widok będzie zgoła inny za czas jakiś, i nie tylko dlatego, że wiosna tuż tuż...
Subskrybuj:
Posty (Atom)










