Mamy pierwszą i drugą GOYĘ! Nie jest to Francisco Goya, lecz GOYA, po prostu GOYA.
Pierwszy GOYA pojawił się w wiatrołapie. Po środku jest szpaler, który kiedyś wypełni lustro.
Drugi GOYA zadomowił się w jadalni, przy ogromnym oknie.
Prawdę rzekłszy są jeszcze dwie odsłony GOI. Jeden zawitał na kominie na piętrze, a kolejny jest już w kuchni.
I ten pierwszy pierwszy zupełnie pierwszy był na piętrze na kominie. Ale jak to z dawnymi pierwszymi rzeczami... zdjęcia brak. A ostatniego GOI z kuchni najzwyczajniej jeszcze nie ma.
Ostatni GOYA będzie ozdobą kominka.
PS. Ależ tu się pan namarudził z tymi fugami, że to roboty tyle!
PS2. A ja potem się narobiłem za dwóch z impregnacją, ale bez marudzenia, za to udało mi się przy czyszczeniu zajechać trzy szczotki i zapchać jeden odkurzacz.
Prace wykończeniowe w łazience na parterze nabrały rozpędu, kopa, koloru i jakości. Niedługo będzie gotowa. Na razie powstaje podłoga, czyli mamy 'ocean' położony.
A wokół oceanu powstają konstrukcje, z których wynurzy się niebawem jakiś prysznic z deszczownicą.
A w międzyczasie trzeba było uratować płytki. Zima w kartonach w gospodarczym budynku, gdzie brak było ogrzewanie, to nie był dobry pomysł. Cegły, które leżakują bez kartonu, zniosły to z godnością. Ale płytki w tekturkach niekoniecznie i zaczęła zżerać je cholera w postaci wilgoci. Setki płytek trzeba było ratować i ułożyć je na podłodze.
Dla niewtajemniczonych znaczy to nic.
Ale jednak ma znaczenie. Widok stropu, częściowo starego, z którego zdarto tynk, to widok, który straszy niczym upiór z horroru, grożąc, że nigdy wykończenie się nie skończy.
Ten ostatni kawałek straszącego surowością stropu był widoczny w łazience na parterze.
Już go nie ma. Wszędzie bieli się równo wygładzona gładź na płytach GK.
To niby niewiele, ale znaczy bardzo dużo. Wraz z ostatnią płytą znikają duchy przeszłości, odchodzą w spokoju, zostawiając swobodę na rozwój nowych duszków, pomysłów, nowego powiewu swobody.
Im dłużej trwa budowa, tym decyzje coraz szybsze. To moje autorskie prawo budowlane.
Owszem jakiś czas temu sporo czytałem o kominkach, przejrzałem ileś tam zdjęć i projektów. Ale to było dawno. I głównie od strony technicznej: czyli rozpoznanie wkładów kominkowych z płaszczem wodnym, co szybko zarzuciłem, a przede wszystkim kominków z DGP, dystrybucją gorącego powietrza. I to bardzo chciałem, bo fajne, szczególnie jak się pomieszkuje, a nie mieszka, tanie i proste, no i projekt domu z centralnym kominem i niedużym prawie kwadratowym podłożem domu, pasował tu idealnie.
Ale nie ma DGP, trochę mi się po prostu już nie chciało, trochę zapomniałem, trochę myślałem, że będzie brudzić, a poza tym i tak sam kominek może to ogrzeje. Natomiast to, że nie przypilnowałem murarzy rok wcześniej, żeby zrobili, chociaż mieli to w zadaniach, zbudować czerpni pod posadzką, to skucha jak rzadko. Trudno. Będzie dodatkowa gimnastyka. Podłogówki przecież nie będę zrywał.
Kryteria wyboru były proste: dobra jakość, szyba z trzech stron, prosty, lekki, bez żadnych dodatkowych zdobień.
Znalazły się dwa modele. Drogi norweski jotul i tańszy radomski NBC kratki.pl. I wreszcie mamy jakiś polski produkt!
Jeszcze w styczniu rozpoczął się plan wytyczenie wielkości pola wokół przyszłego kominka. W tym celu powstała nawet specjalna 'makieta':
Kominek miał powstawać za rok, ale jakoś się tak przyspieszyło i będzie gotowy razem z ostatnimi 'brudnymi' pracami.
Wybór wkładu nastąpił błyskawicznie. Zamówienie złożone w dniu urodzin. Że niby taki prezent. Zamawiam wkład i wszystkie niezbędne materiały bezpośrednio u producenta. Raz, że niby trochę taniej, dwa, że kto jak kto, ale producent najlepiej będzie wiedział jakie części są konieczne i jakie pasują. I tu się mylę. A jakże. Drożej nie jest, to fakt. Ale to jednak nie producent, ale fachowiec wie najlepiej co jest potrzebne, i lepiej zna specyfikację wkładu od producenta. I zamiast wszystko zamówić raz i mieć 'z bańki', to się bujałem ze dwa tygodnie. A to brak właściwego reduktora do podłączenia do czerpni, a to samej czerpni. Ale to co już wychodzi z wkładu do czopuchą rurą fi200 to już okazało się zadaniem godnym trzynastej pracy Herkulesa. Zdobycie odwrotnej redukcji, bo włożona nie pasuje, o odpowiednim wydłużeniu, żeby dało się włożyć... Ufff... znowu się czuję, jakbym pokonał lwa nemejskiego.
W końcu zamówiony wkład, rury, płyty i inne kleje dojechały. Zaznaczmy, że wszystko to waży około 200 kilo. I przyjechał sobie taki zadowolony pan kurier i przeprasza, że jest sam i że działa mu wózek, i że sami jakoś te 200 kg musimy wyciągnąć. Ale najlepiej by było, żebym poprosił ze dwie silne osoby, to by było trochę łatwiej! To się nazywa polska organizacja. Nie wiem jak to możliwe, ale daliśmy radę to zwalić z ciężarówki. Ale potem to co z panem Hubertem wyczynialiśmy, żeby wtachać te tony do środka, to już czysta magia, choć nie teleportacja.
Nie zdawałem sobie sprawy, jak jestem silny i ile można wtachać mając 62kg, z czego podobno 75% to woda. Niemożliwe? Możliwe!
Obudowa będzie gotowa za dwa - trzy tygodnie!
W styczniu ruszył drugi etap rekuperacji. Zgodnie z planem.
Acz swoją drogą wymagania, czy dobre praktyki jednych zadań wobec drugich się wykluczają. Nie da się wszystkiego logicznie połączyć. Co powinno być przed czymś, a co za czymś. W tym właśnie wykończenie rekuperacji, podłogi, pomalowanie, wszystkiego, zakończenie prac brudnych, instalacja czujek... I tak koniec trzeba będzie sprzątać (po raz enty) i poprawiać malowanie...
Wydawało się, że strych to będzie ogromna wielka niezagracona przestrzeń... A tu co? Jeszcze nikt się nie wprowadził, a na połowie przestrzeni nawet nogi nie da się postawić.
Pomiędzy plątaniną kanałów spiro, czerpni, wyrzutni, tłumików, stanął wreszcie nowiutki rekuperator, czyli centrala pompująca czyste powietrze, zabierająca brudne, ogrzewająca zimą, żeby było ciepło i efektywnie kosztowo (w to ostatnie średnio wierzę, ale może się mylę...)
Wydawało się, że strych to będzie ogromna wielka niezagracona przestrzeń... A tu co? Jeszcze nikt się nie wprowadził, a na połowie przestrzeni nawet nogi nie da się postawić.
Kolejne urządzenia, kolejna nauka. Mam nadzieję, że będzie raczej z tych 'bezobsługowych'. Ale w menu jest trochę możliwości, milion statystyk dotyczących temperatur i wilgotności. Zakładam jednak, że ustawienia domyślne są w miarę logiczne. Wciskam pierwszy bieg i dmucha. Jak będzie za mało, to wciśniemy drugi, a trzeci zostawię jako tryb awaryjny (to nawyki żeglarskie).
Pomiarów było co niemiaro, kolesie latali z góry na dół z drabiną i tubą szukając właściwych proporcji. Po nich też parę rzecy trzeba z pędzlem będzie poprawić... Jeszcze wymienią jeden anemostat i wszystko gra.
Leci projekt za projektem, idzie już niemal automatycznie.
Tym razem padło na konieczność zaprojektowania łazienki na parterze.
Nie szukamy już nowej architektki (co za neologizm! - ale jako feminista niestety ulegam i nie piszę 'pani architekt'), bo już ją mamy, sprawdzona. Do architekta (bez skarpetek, w wąskich leginsach) nie pójdę.
Krótka i szybka wizyta w salonie, i jest gotowy wybór płytek w kwadrans (potwierdzony przez Agusię w kolejnym tygodniu).
Tym razem nie będzie płytek w kolorze drewna, żadnych ekstrawagancji, ani awangardowych pomysłów. Chociaż.... padło na płytkę, którą nazwaliśmy 'ocean', co oznacza, że motywem parteru może być i woda i żagle i jachty, oby tylko sztormu nie było... 'Ocean' będzie tylko na podłodze. A na ścianach lekka biel i delikatna mozaika.
Pierwsze gniazdka i włączniki zostały zamontowane.
Miały być niedrogie, i nawet polskie, żeby nie było, że taki nielojalny kosmopolita jestem. Ale nie dało się. Bo nasza myśl krajowa jednak ma ograniczenia w tej, wydawałoby się niezbyt odjechanej technologicznie dziedzinie. I tak producenci albo nie mają jakiś elementów, albo mają ale w różnych seriach, ale mechanizmy jednej serii nie pasują do płytek z innej serii.
A wcale nie chciałem elementów tzw. 'inteligentnych', a z bardziej skomplikowanych okazały się zwykłe ramki, ale dla pięciu elementów, czy usb lub porty RJ.
I niestety znowu musiałem być taką i taką mordą i kupić te gorsze niemieckie... A naprawdę bardzo długo szukałem i starałem się.
I będą ot - proste, białe, ot dokładnie takie: