niedziela, 11 grudnia 2016

Przygotowanie dachu do układania dachówki

Okazuje się, że przygotowania dachu do układania dachówki trwają znacznie dłużej niż samo jej układanie.


Pogoda nie rozpieszcza wykonawców, co dodatkowo wydłuża zadanie. Czteroosobowa ekipa, mimo wiatru, deszczu i chłodu, trwa w mozolnej pracy, której efekty uwidaczniają się dość wolno. Ale, jak panowie twierdzą, później zaowocuje to szybkim układaniem dachówki, której przyrost będzie można obserwować z godziny na godzinę. Ma rosnąć 'w oka mgnieniu'.



Oprócz łat i kontrłat i innych desek okapowych pojawiły się na dachu pierwsze obróbki blacharskie. I jako żywo jest i pierwszy kawałek orynnowania. Rynny będą dość rzadkiej urody, a mianowicie kwadratowe, co według sprzedawcy zapewni, za kolejnym 'niewielkim' wzrostem cen, idealne dopasowanie tego szczegółu do płaskiej prostokątnej dachówki. Cóż, namówił skutecznie, a efekty do podziwiania bądź konstruktywnego i całkiem subiektywnego krytykowania widoczne będą wkrótce.



Panom udało się równie poszerzyć okap, dzięki czemu będzie lało się mniej deszczu po elewacji.



Następne wpisy już wkrótce. Może nawet pokażą parę rzędów dachówki.

sobota, 10 grudnia 2016

Wybór okien do domu

Męka analiz i kombinacji, zadanie rozciągnięte w czasie na dobre pół roku. I jeszcze trwa.
Jakie wybrać okna? W jakim kolorze? Jednostronnym, dwustronnym, full kolor. Z jaką funkcjonalnością? Z jakimi parametrami izolacji termicznej Uw Ug Uf, szczelności akustycznej R? A może otwierane? A może nieotwierane?


Podobno kiedyś wszystko przychodziło trudniej. Ale to nieprawda. Szło się do sklepu i pytało: "-Są okna? -Nie ma." A jak już się trafiły, to nikt dalej nie pytał, nie wybrzydzał, nie grymasił, tylko mówił: "Cztery okna proszę". Byle sztuka się zgadzała. I wszyscy zadowoleni byli. A jak wiało przez nie, to też nie problem. Bo jak wichura, to przecież musi wiać. Wystarczyło w aptece watę kupić i obłożyć dookoła, a najlepiej (jak już ktoś miał) wstawić dubeltowe i tyle.

Jakie komory, szyby, jakie okucia, klamki? Takich pytań w ogóle nie było. Mikrowentylacja? Nie mikro, tylko nawet makro, i zawsze w standardzie, no chyba że nic nie wiało. Albo kitu zabrakło.

Podobno tendencja jest taka, żeby dużo okien w fasadzie było, bo ładniej, więcej światła, więcej widoków, wszystkiego więcej. Głównie kasy więcej. O czym nieświadomy inwestor przekonuje się boleśnie przy zamawianiu, zamiast myśleć o tym przy projektowaniu. Zawsze można zamurować celem optymalizacji inwestycji.


Notabane: już dwa trapezowe otwory kazałem zamurować. A z drugiej strony podkusiło mnie otwór w dachu wymurować. I do tego w dachu płaskim, żeby bajer był. Diabeł szeptał chyba wtedy do ucha.



Veka, Inoutic, taki czy taki dostawca. Pewnie jeden czort. Cenowy na pewno. Choć dla sprzedawców różnice są ogromne: "proszę pana - te okna nie są po prostu ładne, one są piękne".

A ja się pytam: a kto to później umyje?


piątek, 9 grudnia 2016

Już nie kapie na głowę

Cel na ten rok został osiągnięty. Więźba została przykryta płytami OSB i papą. 

Czyli można rzec, że już nie kapie na głowę, tzn. trochę jeszcze kapie, ale nie po całości, tylko kapie przy lukarnach, czyli można się schować. Źle nie jest. Woda sobie co prawda stoi na stropie, ale to przeszkadza tylko stopom. Głowa nie moknie (poza tymi lukarnami). 

Uczucie rewelacyjne: móc stanąć pod dachem, który się zaprojektowało, zburzyło stary, ułożyło nowy, i do tego o dziwo dach ten wygląda faktycznie pewnie i solidnie.

Idziemy za ciosem i przymierzamy się jeszcze w grudniu do układania dachówki. Na papie rozłożone są już łaty. Poszło szybko. 



I kontrłaty. Idzie wolno. Wyszła tu szwajcarska perfekcja panów podchodzących do tematu z dokładnością budzącą zazdrość wszelkiej maści ekspertów dopieszczających każdy drobny szczegół. Choć dach jest równy jak stół nachylony pod kątem 45 stopni, to jednak według mistrza dekarskiego każda zakładka papy powoduje małe wybrzuszenie i na każdej kontrłacie panowie to wyrównują. Ależ mają cierpliwości, tylko pozazdrościć.



Przygotowaniom nie ma końca. Ale jako rzeczą: będzie się to oglądać całe życie, więc lipy być nie może. Lipa jest, ale w ogrodzie, i niech tak zostanie.


Dla bystrzejszego obserwatora: uspokajam, że owszem to coś (na górze) przed budynkiem to oczywiście nie lipa, tylko dąb i klon. Budynek to też nie lipa, tylko budynek.


Analiza i projektowanie trwa bezustannie. Z każdej strony co do centymetra liczone jest przyszłe poszycie, tak aby wyszło bez cięć dachówki, żeby był właściwie szeroki okap z uwzględnieniem wyrównania do izolacji, do wieńca, z założeniem na rynnowanie i obróbki. Pełen podziw i szacun.


A jak słońce wyjdzie, to na lukarnie jest bosko. Człowiek może klapnąć na kontrłacie, i kosztując filiżankę kawy, alkohol na dachu jest dyskusyjny, poprzyglądać się  przyrodzie, nie zaburzonej ludzkim harmiderem. A po drugiej stronie drogi bezczelnie paradują sobie bażanty, nie robiąc sobie zbyt wiele z postępów budowy - może nowe poszycie dachowe im się podoba...

Co muzykalniejsi mogą pośpiewać wpasowaną idealnie w klimat chwili: "if I were a richman... lu bi du bi du bi du..."


A jak popada, to można klapnąć na jętkach i machając nogami pomarzyć o 'nicnierobieniu'. Na poddaszu takie robienie niczego też wydaje się wysoce tematyczne.


Kolejny etap zapowiada się ciekawie: układania dachówki. Materiał jest i cierpliwie sobie czeka.


Taki kierowca - dźwigowy to ma fajną robotę. Kręci sobie tym kranem i odstawia dachówki. W nagrodę pozwoliłem mu zawrócić na moim polu na przeciwko, z zastrzeżeniem, żeby bażantów nie straszył.


Paleta za paletą, prosto z Bawarii, cierpliwie układają się dachówki. Potem tylko je wnieść na dach i gotowe.


  

środa, 7 grudnia 2016

Naprawa więźby

Z końcem listopada ruszyła budowa dachu. Czyli gościć się zaczęła na budowie ekipa cieśli i dekarzy od dachówek.
Jak się wkrótce miało okazać, jest to ekipa Fachowców, pisane przez wielkie 'F'. Panowie są perfekcyjni. To nie jacyś pierwsi lepsi wykonawcy, co potrafią trzymać piłę i kłaść blachę, ale prawdziwi 'roof experts'. 



















Nie tylko znają się na układaniu dachówki, ale co więcej podchodzą do tego z pasją, i zaangażowaniem, które musi być podobne do okazywanego na co dzień w pracy z drzewami przez pewną panią.

Tu co prawda, praca jest już z drewnem, a nie z drzewem, ale żywioł jest godny szacunku. Czyli pełen respekt.

















A niestety mieli co poprawiać. Każda krokiew zamocowana była w sposób iście ułański: przekrzywiona czasem w lewo, czasem w prawo; mocowania niepewne, cięcia nietrafione.

Przykro pisać, a co dopiero patrzeć. Na szczęście nowa ekipa widziała już faktycznie nie jeden dach, nie tylko z chodnika, przygotowała już nie jedną więźbę, głównie pod dachówkę. No i poprawki wykonane. Solidnie aż miło.


Równocześnie udało się ułożyć jętki wzmacniające konstrukcję, przymocowane do płatwi w dwóch rzędach: na dole i na górze. Strop nad poddaszem zapowiada się doskonale.



niedziela, 4 grudnia 2016

Przygotowanie do zimy na budowie

Akcja "Zima na budowie" rozpoczęta.
Jeszcze dachu nie ma, papy nie ma, ino krokwie przed poprawkami tworzą nagi szkielet, ale pierwsze kroki na przywitanie srogiej pani Zimy podjęte. 

Na dole dziury mamy zasłonięte metodą bardzo chałupniczą, ale darmową. Uratowane deski po szalunkach to niezły materiał do zabijania dziur. Murarze, którzy mają poczucie winy (i słusznie) za fuszerki i opóźnienia podejmują takie zajęcia chętnie i z własnej woli. 


Dodatkowo mamy zebrane resztki budulca z placu pod dach, którego rzecz jasna jeszcze nie ma.

W salonie, niczym w ciemnej skrypcie, nie jest wiele cieplej, ani przytulniej, ale wiatr jakby minimalnie mniej hula.


Za to na górze zmian dużych nie odnotowano. Dziury jak były tak są. Może jest trochę bardziej posprzątane.
Czy jest gotowość do walki z naprawianiem więźby. Fachowcy przez duże 'F' wchodzą na koniec listopada i ruszają do boju.
Spodziewane hasło powitalne: "jak można spiexxxyć tak prosty dach?" padnie pewnie nie raz, nie dwa.



Niby murowanie jest zakończone, ale jakby więcej nadal dziur niż murów. Może okna coś tu zmienią.


piątek, 2 grudnia 2016

Schody

Schody, schody, schody wyjść nie mogą z mody...
Już jakiś czas temu schody zostały wytyczone, uzbrojone, wreszcie wylane. I tak powstały długo oczekiwane, długo obmyśliwane zabiegowe schody:


Zdjęcia pokazują pierwszy efekt, przed końcową obróbką muru. Ale jak kręcą, to już widać.
Wyszły proste, choć zabiegowe, ale nie wyszukane, całkiem nobliwe, acz zupełnie skromne. Schody, po prostu schody. Małe, a cieszy.
Najważniejsze, że udało się je wcisnąć w stary układ wiejskiego domku. A jeszcze niedawno był tu zwykły schowek ze starą, lekko nadpróchniałą drabiną prowadzącą na poddasze pełne liści i tajemniczego 'niczego'.


Na półpiętrze powstaje kolejny (p)otwór okienny, który będzie doświetlał w słoneczny dzień uroki zakrętów drogi na poddasze, a nocą schodząc po szklankę ciepłego mleka będzie można spojrzeć na gwiazdę polarną. W końcu jest to ściana od północy, a tą pokazuje podobno właśnie ta gwiazdeczka.
 

Zima się niestety pośpieszyła. Nie wzięła pod uwagę trzymiesięcznego opóźnienia murarzy. Śnieg śmiało sypie do środka przyprószając uroki schodowych zabiegów. Na niesolonym i nieośnieżonym zakręcie wymagane jest zachowanie szczególnej ostrożności.


Pod schodami na razie stoi ino drabina, ale wkrótce będzie stać już kociołek i inne niezbędne hydrauliczne gadżety. A na dole widać dzieło własne dziadka izolujące posadzkę, pod którą sunie rurka z wodą. Żeby nie zamarzła naturalnie.


W komplecie są też schody zewnętrzne. Wyszły cztery zgrabne stopnie z całkiem wygodnym miejscem na szukanie klucza pod wycieraczką.



Ot i to tyle. Biegać dla sportu po parunastu stopniach już można.

czwartek, 1 grudnia 2016

Zbiornik na gaz

Długa analiza na źródło energii i jego dostawcę została zakończona.
To że będzie to gaz, było wiadomo już dawno. A wytyczne były proste:
- miało być rozwiązanie proste i wygodne, estetyczne i przyjemne
- kotłownia bez kotłowni

Czyli musiał być to gaz. Prąd tu czasem nie dochodzi przez parę godzin. A pompa ciepła, to jednak zabawka zbyt droga.

Jeśli gaz, to najlepiej ziemny. Ale tu uprzejma urzędniczka w gminie życzliwie dała mi do zrozumienia, że jeśli nie chcę czekać co najmniej dziesięciu lat, z podkreśleniem, że 'co najmniej' (czytaj: nie wiemy czy nasze dzieci na emeryturze będą coś tu miały), to lepiej żebym ten gaz sam sobie pociągnął.

Zatem musi być to gaz ciekły, czyli propan umieszczony w zbiorniku na gaz o pojemności standardowej 2.700l.

Kolejna trudna kwestia, zbiornik naziemny czy podziemny, była znowu sprawą krótką i prostą do decyzji. Zero analiz: jedynie podziemny. Do ozdoby na działce służą inne elementy: drzewa, piękna kobieta opalająca się na łonie natury, krzewy, klasyka. Poza trochę większą ceną, same korzyści. 

Następna decyzja wiązała się już z większym wysiłkiem analitycznym: zbiornik na własność czy też może dzierżawiony.

Inwestor jest jednak z tych, co cenią niezależność i preferują wyższe koszty inwestycyjne, a znacznie niższe operacyjne. Czas zwrotu to kilka ładnych lat. Ale niezależność jest tego warta.

Od kogo zakup zbiornika na gaz i instalacji gazowej? To jedna z ostatnich kwestii. Możliwości było wielu. Postawiłem na ofertę firmy Chem-Gaz. Kompetentny przedstawiciel, jak i u innych też, ale bardziej i sympatyczniej potrafił przypilnować interesu. A oferty są do siebie podobne. Choć ta jest cenowo ciekawa.

Na co trzeba tu uważać:
- projekt powinien obejmować instalację zewnętrzną i wewnętrzną. Do zewnętrznej wystarczy później zgłoszenie robót budowlanych. A, co dziwne, wewnętrzna instalacja wymaga uzyskania pozwolenia na budowę;
- zapewnienie kierownika projektu z uprawnieniami do instalacji sanitarnych, gazowych;
- faktyczna niezależność od dostawców: już pierwsze tankowanie mogę sobie zapewnić od dowolnego dostawcy. Trzeba przyznać, że dostawca zbiornika zachęca mnie do pozostania wydłużonym serwisem gwarancyjnym do lat pięciu, czy dziesięciu, jeśli będę od niego tankował;
- zatem istotne są jednak dotychczasowe ceny na gaz dostawcy zbiornika w porównaniu do innych; (Chem-Gaz jest tu pozytywnie wyróżniający, ale wiadomo: co będzie w przyszłości, tego nie wie nikt);
- i być może na parę innych rzeczy, o których mam nadzieję się nie dowiedzieć.

Na początku listopada odbyło się spotkanie, tzw. wizja lokalna. W połowie miesiąca mieliśmy podpisaną umowę. A na koniec miesiąca odebrałem gotowy projekt.

Wizja lokalna odbyła się już w przedwczesnej zimowej scenerii:

Projekt budowlany na budowę instalacji gazowej podziemnej i instalacji gazowej wewnętrznej złożony! Pierwszego grudnia Wydział Architektury w Mińsku Mazowieckim nie miał wyjścia, i musiał przyjąć mój wniosek wraz z czterema pięknymi projektami.

PS1. Po co oni chcą aż cztery egzemplarze w dobie kart nano, fifa 2016, władcy pierścieni, BOT'ów i innych fejsów? E-społeczeństwo w urzędzie to jednak nadal epoka kapitana Żbika i siedemnastu mgnień wiosny.

PS2. Złożenie dokumentów, psia krew nota bene właśnie drukowanych, zostało okupione dosłownie niemal krwią, nie psią nawet, ale własną. Coś mnie podkusiło i przeczytałem wcześniej z uwagą dokument, i na jednej stronie znalazłem błędy. Ludzka rzecz. Trzeba przyznać, że projektant zareagował szybciej niż Luxtorpeda, i jeszcze tym samym późnym wieczorem przesłał mi poprawki. Nowocześnie, mailem rzecz jasna. Super. Z tymże, egzemplarze były fizyczne, i do tego zszyte, dodam, że bardzo niestety porządnie zszyte. Zaczęło się szukanie profesjonalnych zszywaczy, a potem rozszywanie, które okazało się bolesne. Mam nadzieję tylko, że podmieniłem właściwe strony i żaden urząd się nie przyczepi.

A teraz obywatel inwestor cierpliwie czeka na pozwolenie na budowę. Oczekiwany czas to: 65 dni. Powiat ma czas. Na szczęście tutaj ja też mam go sporo. Obym nie zapeszył.

A w marcu będzie trzeba wykopać dół na zbiornik, że o przekopie na przyłącze nie wspomnę. Chętnych serdecznie zapraszam do wspólnej zabawy z łopatami.

Droga przed nami jeszcze długa, oby nie tyle mroźna, co urokliwa: